
— Dlaczego?
— Dlatego, bo ryby boją się sond. Na planetach, które znam, żadne zwierzęta nie bały się aparatów. Nigdy nie boją się tego, czego nie widziały.
— Chce pan powiedzieć, że widziały już sondy?
— Nie wiem, co widziały. Ale na co im magnetyczny zmysł?
— To jakaś cholerna historia! — burknął Rohan. Patrzał na poszarpane festony metalu, przechylił się przez poręcz, zakrzywione czarne końce prętów drżały w powietrznym słupie, wydmuchiwanym przez robota. Ballmin długimi cążkami obłamywał po kolei wyrastające z tunelowego otworu druty.
— Powiem panu coś — rzekł. — Tu nie było nawet zbyt wysokiej temperatury, nigdy nie było, boby się metal zglejował. A więc i pańska hipoteza pożaru odpada…
— Tu rozwala się każda hipoteza — mruknął Rohan. — Poza tym nie widzę, w jaki sposób można by połączyć ten wariacki gąszcz ze zgubą „Kondora”. Przecież to jest absolutnie martwe.
— Nie musiało takie być zawsze.
— Tysiąc lat temu, zgoda, ale nie przed kilku laty. Nie mamy tu czego dłużej szukać. Wracamy na dół.
Nie odzywali się już, aż maszyna opuściła się naprzeciw zielonych znaków sygnałowych ekspedycji. Rohan polecił technikom włączyć kamery telewizyjne i przekazać dane o sytuacji „Niezwyciężonemu”.
Sam zamknął się w kabinie głównego transportera z uczonymi.
