Jakaś cząstka jego umysłu powiedziała mu, że ma przywidzenia, że po prostu coś mu się skojarzyło. Kobieta wyglądała wstrząsająco, wręcz boleśnie znajomo. Ale nie była to Lauren. Obraz ściemnił się po brzegach, a wyostrzył w środku. Spoglądał na nawę kościoła jak poprzez tunel – albo okular mikroskopu lub teleskopu – na stojącą tam zjawę. Umysł odmówił mu posłuszeństwa.

Ktoś – konkretnie dwaj mężczyźni, co zaobserwował beznamiętnie – złapał ją za ramiona i chciał wyciągnąć z kościoła. Nagły strach, że zniknie mu z oczu, że nigdy już jej nie zobaczy, uwolnił go z paraliżu, który trzymał go jak w potrzasku. Podniósł rękę. Nie usłyszał swego głosu, ale wszyscy odwrócili się nagle ku niemu i dotarło do niego echo czyichś słów.

Zrobił dwa kroki do przodu.

– Lily? – wyszeptał. Próbując powrócić do rzeczywistości, przetarł szybkim gestem oczy, ale stała tam nadal, a obok niej mężczyzna trzymający ją za ramiona i czekający na rozkazy.

– Lily? – powtórzył głośniej.

– Tak – odparła miękkim, melodyjnym głosem, który prześladował jego marzenia i myśli przez wiele miesięcy po jej…

– Lily. – Poczuł jakby w ogóle nie brał w tym wszystkim udziału. Usłyszał swe słowa poprzez szum w uszach, jakby wypowiadał je ktoś inny. – Przecież ty umarłaś!

– Nie – odparła. – Ja żyję.

Zdawało mu się, że to sen. Patrzył tylko na nią. Tylko na Lily. Nie widział kościoła, nie widział ludzi poruszających się niespokojnie w ławkach, Josepha ciągnącego go za rękaw, Lauren stojącej w drzwiach za Lily, ze wzrokiem, w którym pojawiło się przeczucie katastrofy. Nie mógł się oderwać od swej wizji. Nie pozwoli jej zniknąć. Nigdy więcej. Nie pozwoli jej znów odejść. Zrobił kolejny krok naprzód.

Pastor ponownie chrząknął i Neville znów pojął, że znajduje się w kościele pod wezwaniem Wszystkich Świętych, w Upper Newbury, na swym własnym ślubie. A Lily stoi w nawie pomiędzy nim a jego narzeczoną.



17 из 287