
Następnego dnia w Upper Newbury odbędzie się zjazd znakomitych gości i parada ich powozów. Przybędzie hrabia, jakże wspaniały w ślubnym stroju, i panna młoda w pięknej sukni. Aż wreszcie – o! radości nad radościami! – pastor złoży życzenia nowo poślubionym małżonkom, kiedy pojawią się w drzwiach kościoła przy wtórze dzwonów oznajmiających, że w rezydencji zamieszka nowa hrabina. A na koniec zacznie się zabawa i tańce.
Wszyscy zerkali niespokojnie na zachód, sprawdzając, czy zapowiada się na zmianę pogody. Nie dopatrzono się jednak żadnych złowieszczych oznak. Dzień był bezchmurny, słoneczny i naprawdę ciepły. Na zachodzie nie ujrzano nawet śladu chmur. Nic nie powinno zakłócić uroczystości.
Nikt jednak nie spoglądał na wschód.
*
Londyński dyliżans zostawił Lily przed gospodą w Upper Newbury. To z pewnością piękna okolica, pomyślała, oddychając chłodnym, nieco słonawym wieczornym powietrzem i czując, mimo zmęczenia i zesztywniałych członków, że wracają jej siły. Miejsce wyglądało według niej niezwykle angielsko – bardzo ładnie, bardzo spokojnie i raczej obco.
Zapadał jednak zmierzch, a czekała ją jeszcze długa droga. Nie miała ani czasu, ani sił na podziwianie widoków. Poza tym serce zaczęło jej bić mocno w piersiach, aż traciła oddech. Zdała sobie sprawę, że jest blisko celu – nareszcie. Jednak im bliżej się znajdowała, tym mniej była pewna, jakie czeka ją przyjęcie, i zaczynała wątpić, czy rozsądnie postąpiła, udając się w podróż. Cóż, nie miała innego wyboru.
Odwróciła się i weszła do gospody.
– Jak daleko stąd do Newbury Abbey? – spytała karczmarza, nie zwracając uwagi na ciszę, która zapadła po jej wejściu.
Pomieszczenie wypełniali mężczyźni sprawiający wrażenie nieźle podchmielonych, Lily jednak miała doświadczenie w takich sytuacjach. Większa grupa mężczyzn nie mogła jej wprawić w zakłopotanie czy przestraszyć.
