
Pani Sybil pobladła. Wiedziała, że brat nie rzuca słów na wiatr. Byli kochającym się rodzeństwem, John na pewno nie skrzywdzi Martina, choć obaj nie przepadają za sobą. Ale ostrzega. A w jego ustach takie ostrzeżenie to prawie wyrok.
– Porozmawiam z mężem – przyrzekła, bezwiednie krusząc w palcach orzechowe ciasteczko i rozsypując okruchy na dywanie. – Tylko że to nic nie da. Znasz go.
Walters wstał z kanapy. Objął siostrę, delikatnie pocałował w policzek. Jego zwalista sylwetka przygarbiła się, głowa uciekła w ramiona.
– Obyś się myliła – westchnął. – Zrób wszystko, co w twojej mocy, żeby zmienił zdanie. Musi poprzeć nasz projekt, gdy zostanie senatorem. Będzie wtedy w Waszyngtonie, z dala od wyborców. A ludzie pogodzą się z faktami, zapomną, nawet będą mu wdzięczni, bo uzyskają wiele nowych miejsc pracy. W Kalifornii jest mnóstwo pięknych dolin. Los Martina jest w twoich rękach, Sybil.
Ciężkim krokiem opuścił salon. Pani Morgan widziała przez okno, jak wsiada do limuzyny, nie patrząc na pochylonego w ukłonie szofera, jak limuzyna wolno rusza, mijając klomby róż, i znika w alei przecinającej posiadłość.
– Co się stało? – usłyszała za plecami głos syna. – Dlaczego wujek tak od razu odjechał? Co grozi ojcu?
– Podsłuchiwałeś.
– Podsłuchiwałem. – Victor był wyrośniętym, muskularnym szesnastolatkiem o kwadratowej szczęce i ciemnych, trochę aroganckich oczach. – Niech wuj nie straszy, my się nie boimy. Mogę pogadać z Demonami.
– Z kim?
– Chyba słyszałaś o Ognistych Demonach. Trzeba im tylko dobrze zapłacić. To lepsza obstawa od bandy tajniaków z FBI. Ci faceci dadzą radę każdemu.
Oczy pani Morgan zaokrągliły się ze zdumienia.
– Co ty masz wspólnego z tymi gangsterami? – zapytała.
Victor nie odpowiedział. Wyręczyła go siostra, Angela, która chwilę wcześniej weszła do saloniku.
