
Tak, myślała Miranda. Trzymałam we własnych dłoniach Słońce tak długo, aż zaczęło ze mnie emanować niebieskie światło.
W całym tym nieszczęściu i biedzie stwierdziła, że potrafi się jeszcze śmiać. Nie w sposób widoczny, sama do siebie, w głębi duszy. Ale to dało jej nadzieję na nowe życie.
Tylko po co jej właściwie życie? Nigdy więcej przecież nie wyjdzie poza mur do Gondagila, a jemu też nie pozwolą wejść do Królestwa Światła.
Zrobiono jej zastrzyk w ramię. Potem znowu wszyscy opuścili pokój. Tak myślała, ale może ktoś jednak został.
Ogarnęło ją zmęczenie.
Kiedy obudziła się następnym razem, poczuła się silniejsza. Teraz odnosiła wrażenie, że na zewnątrz panuje dzień, ale były to tylko domysły.
Próbowała coś powiedzieć, ledwo jednak poruszyła wargami Miała sucho w ustach. Język kleił się do podniebienia i jedyne, co zdołała wydobyć z gardła, to jakieś słabe, bełkotliwe dźwięki.
Natychmiast czyjaś ręka przysunęła się do jej twarzy i zwilżyła wargi nasyconym wodą gazikiem. Miranda chciała wyssać więcej wilgoci, ale nie była w stanie.
Starała się otworzyć oczy, lecz i to okazało się zbyt trudne. Mimo to ten ktoś, kto przy niej stał, zauważył, że poczuła się lepiej, i wezwał lekarza.
– Muszę przyznać, że jesteś bardzo wytrzymałą dziewczynką – powiedział doktor wesoło do leżącej nieruchomo Mirandy. – Nawet jedna pijawka nie pożywiłaby się tą resztką krwi, jaka w tobie została. My jednak wpompowaliśmy w twoje ciało nową krew, tak że na pewno się z tego wyliżesz.
– Niezłomna jak zawsze – rzekł znajomy głos.
To Indra, siostra. Miranda uśmiechnęła się w duchu. Czy Indra była tu przez cały czas?
Chyba nie. Siostra próbowałaby swoimi złośliwymi komentarzami podtrzymać w niej płomyk życia, próbowałaby apelować do jej poczucia humoru.
Nagle udało się Mirandzie otworzyć oczy. Stało wokół niej wielu ludzi, a wszyscy rozjaśnili się stwierdziwszy, że chora na nich patrzy.
