
Nagle ponad wszystkim wzniosło się wyjątkowo gwałtowne wycie, a właściwie ryk, przeciągły, donośny, jakby oznajmiał światu jakiś triumf. Miranda poczuła, że przenika ją to do szpiku kości, doznawała wrażenia, że dusze potępione wdarły się do szpitalnej izby i wyją jej prosto do ucha.
Drgnęła gwałtownie i obudziła się od tego niepohamowanego, a teraz zamierającego wycia, które wciąż trwało w powietrzu rozedrgane, raniąc jej serce.
Czy to sen? A może rzeczywistość? Ponowny krzyk znowu dotarł do jej uszu, ale może słyszy to z powodu utraty tak wielkiej ilości krwi…
Te głosy… Tragiczne, nieskończenie smutne, człowiek stawał się przygnębiony, serce mu się krajało z powodu tych nieszczęśliwych stworzeń, które są w stanie aż tak zawodzić. Gdyby tylko nie te okropne, złowieszcze tony… Czaiło się w nich tyle zła, a teraz pojawiło się coś jeszcze. Triumf?
Nie, musiało jej się przyśnić, krzyki były zbyt silne, zbyt wielką budziły grozę. Sen je po prostu spotęgował, nic innego nie mogło się zdarzyć.
Mimo to Miranda śmiertelnie się przeraziła.
Oddychała z wysiłkiem. Ostatnie przeżycia to więcej, niż jej słabe ciało mogło znieść. Nieustannie kręciło jej się w głowie, nie zdołała nawet zadzwonić po pomoc, chociaż trzymała dzwonek w ręce. Palec odmawiał wykonania poleceń wysyłanych przez mózg.
Gondagil…
Dlaczego musiałam cię spotkać tylko po to, by cię utracić? Dopóki cię nie poznałam, nie wierzyłam, że miłość istnieje. Wiem, że na mnie czekasz. Wiem, że we mnie wierzysz. A ja muszę sprawić ci zawód.
Cicho otworzyły się jakieś drzwi, dotarł do niej szelest pielęgniarskiego fartucha i ktoś ujął ją za rękę, szukając pulsu.
Zaraz też do pokoju weszło kilka innych osób. Jakiś męski głos mówił:
– Z takimi ranami powinna już co najmniej kilkakrotnie umrzeć. Musiała się kiedyś znajdować w bezpośredniej bliskości Świętego Słońca, innego wytłumaczenia nie ma.
