– Mówiłaś, że jest bogata.

– Bogata? Mało powiedziane! Pochodzi z Montgomerych, tych od Montgomery Bank and Trust, Montgomery Cotton, Montgomery Estates, Montgomery coś tam. Zdaje się, że są dalekimi potomkami jakiegoś bohatera wojny secesyjnej. Tak przynajmniej twierdził przed śmiercią jej dziadek, stary Benedict Montgomery.

– Cholera. – Nawet Reed słyszał o tych Montgomerych.

– No właśnie.

Gdy tak pędzili ulicami miasta, przemknęła Reedowi przez głowę pewna myśl. Porzucone żony są zawsze podejrzane. Nawet te bogate.

– Czy ona mieszka gdzieś w pobliżu?

– Niedaleko.

Bardzo dogodnie.

– Jakieś dzieci? – zapytał.

– Jedno. Nie żyje. Zmarło kilka lat temu. Myślę, że miało wtedy trzy czy cztery lata. To było straszne. – Sylvie skrzywiła się. – Z tego co wiem, Caitlyn, żona Bandeaux, omal wtedy nie oszalała. Słyszałam nawet plotki, że próbowała odebrać sobie życie. W każdym razie ta rodzina skrywa wiele sekretów i wydano wiele pieniędzy, żeby nie wyszły na jaw. Wierz mi – prychnęła drwiąco.

– Dużo wiesz o Montgomerych.

– Też mi się tak wydaje. – Wysunęła w bok dolną szczękę i spojrzała w lusterko wsteczne.

– To twoje hobby?

– Niezupełnie. Ale przeprowadziłam kiedyś małe dochodzenie. Bandeaux zawsze starał się obchodzić prawo. Przyjrzałam się dokładnie jego życiu zawodowemu i prywatnemu, ponieważ krążyły pogłoski, że ma powiązania z mafią.

– I co, miał?

– Niczego nie znalazłam, ale wiele się o nim dowiedziałam.

Milczał wyczekująco. Sięgnęła po zapalniczkę i znalazła na desce rozdzielczej zmiętą paczkę marlboro.



16 из 355