
Z błyskiem świateł i piskiem opon zbyt szybko ścięła zakręt i omal nie zjechała na przeciwległy pas.
– Lepiej, żebyś dowiozła nas w jednym kawałku.
– Dowiozę. – Udało jej się zapanować nad samochodem. Minął ich pikap; kierowca podniósł rękę z wyraźnym zamiarem pokazania im środkowego palca. Zorientował się jednak, że ma do czynienia z policją, i darował sobie.
– No dobra, oświeć mnie.
– To jeden z najbogatszych sukinsynów w mieście, a może nawet w całym stanie. Pochodzi z Georgii, w czepku urodzony, wżenił się w niezłe pieniądze. Wielki hazardzista. Zarabiał i tracił pieniądze, ale z każdego śmierdzącego interesu wychodził czysty jak łza.
– Aż do wczoraj – przypomniał jej Reed.
– Tak. Wczoraj w nocy chyba opuściło go szczęście. – Przejechała na czerwonym świetle. – Mężczyzna, czterdzieści dwa lata. Możliwe samobójstwo – wycedziła z sarkazmem.
– Nie wierzysz?
– Ani trochę. Miałam nieszczęście spotkać tego palanta. Parę razy przekazał darowiznę na rzecz policji. Zawsze gdy organizowaliśmy zbiórkę, pojawiał się w garniturze od Armaniego z czekiem na sporą sumę. – Wykrzywiła usta. – Potem wypijał kilka drinków i wiedziałeś już, że zaraz zacznie zarywać laski. Cholerny Casanovą! – Uśmiechnęła się bez cienia wesołości i przejechała na żółtym świetle. – Fakt, że był żonaty, nie powstrzymywał go od latania za spódniczkami.
– To żona znalazła jego ciało?
– Nie, są w separacji. Cholera! – Nacisnęła gwałtownie na hamulec i w ostatniej chwili ominęła parkującą na jezdni furgonetkę. – Dupek!
– Więc Bandeaux nie był rozwiedziony?
– Jeszcze nie. Teraz już nigdy nie będzie. – Zakręciła kierownicą i wpadli w boczną ulicę. Cudem nie zderzyli się z kontenerem na śmieci, rozdmuchali tylko walające się wokół papiery. Podskakując, wpadli w kolejną boczną uliczkę i z przechyłem wjechali do centrum jednej z najstarszych dzielnic w mieście. – Pomyśl o tych wszystkich pieniądzach, jakie Caitlyn Bandeaux zaoszczędzi na prawnikach. Nie, żeby musiała oszczędzać.
