
– Czy nie można wstrzymać dopływu obcych?
– Jak? Połowa członków rady miejskiej to właściciele firm budowlanych. A poza tym napływ ludzi powoduje, że miasto się rozwija. Po prostu – ruch w interesie, rozumie pan?
Layne poruszył się niespokojnie.
– To bardzo ciekawe – powiedział. – Czyli miasto rozrasta się niezwykle dynamicznie?
– Właśnie. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że pewne warstwy starych mieszkańców obawiają się dużej liczby obcych. Zwiększa to liczbę ludzi na rynku pracy, a co za tym idzie, mogą zmaleć zarobki i coraz trudniej będzie o jakiekolwiek stanowisko.
Ashcroft korzystając z chwilowego uspokojenia Dennisa przysunął się bliżej i nachylił w jego stronę.
– Pan Layne – prawie szepnął – potrzebuje większej liczby ludzi…
– Cooo…? – Dennis poderwał się z miejsca.
– Tylko na jakiś czas – powiedział spokojnie Layne. – W tej chwili mój wujek z Partii Republikańskiej jest bardzo zajęty, ale obiecał, że jak tylko skończą się wybory, przyśle mi odpowiednich fachowców.
– Eee… Pan ma wujka w Waszyngtonie? – Dennis opadł z powrotem na fotel.
– Ja też mieszkam w stolicy. Nie mówiłem panu?
– Mmm… Tak, tak, pamiętam. Co do tych ludzi, to na jakiś czas oczywiście… Zaraz się tym zajmę. Ashcroft nadal ma zostać przy panu?
– Byłoby bardzo dobrze.
– Tak. Nic nie stoi na przeszkodzie… Wybaczcie panowie moje krzyki, ale od rana jestem bardzo zdenerwowany. – Dennis znowu rozłożył ręce. Tym razem w geście usprawiedliwienia. – Musiałem wyciągnąć siostrzeńca z aresztu – dodał.
– Coś poważnego? – spytał Ashcroft.
– Nie, nic takiego. Chłopak chciał rozbić namiot gdzieś na zachód od miasta, pytał o kemping, a dwóch spryciarzy wykorzystało go i razem zawrócili do centrum. Siostrzeniec zdenerwował się trochę i gonił ich po jakimś barze, a on jest trochę… przyciężki, rozumiecie, panowie… No, w każdym razie bar był nieco zdemolowany.
