
– Kapitanie – przywitał ich głos Muira, gdy tylko wśliznęli się w półmrok sali projekcyjnej. – Myślałem, że pamięta pan o przysłowiu, że czas to pieniądz.
Ashcroft minął go bez słowa i usiadł dwa rzędy z przodu.
– Zezwolenie mam przy sobie – odezwał się nie odwracając głowy. – Niech pan to puszcza.
Reżyser szepnął coś do mikrofonu łączącego go z operatorem.
– Fragment kręcony prawie dokładnie o czwartej, tak?
Ashcroft skinął głową i zerknął na Layne’a. Ten przecierał okulary kawałkiem irchy, lecz zdążył je wsunąć na nos przed ukazaniem się obrazu.
Kamera rzeczywiście, tak jak opowiadał ten przejechany monter, musiała znajdować się wysoko. Swoim zasięgiem obejmowała zarówno taras kawiarni, jak leżący piętro niżej pasaż. Mimo że w kadrze przy stolikach siedziało kilkanaście osób, usadowienie dwójki aktorów momentalnie wyróżniało ich z grupy statystów.
– Jesteś pewna? – spytał kobietę mężczyzna o stalowosiwych skroniach i przechylił się ku balustradzie.
Brunetka, Ashcroft znał jej twarz z jakiegoś serialu, zmięła trzymaną w dłoni słomkę.
– Zupełnie – patrzyła na idących w dole ludzi. – On przyjdzie, a ja z nim pójdę…
– Gówno – stwierdził półgłosem Ashcroft odwracając się przez ramię. – Zatrzymajcie to!
Muir zbliżył kostkę mikrofonu do ust i postacie na ekranie zamarły w pół gestu. Ashcroft cisnął kapelusz na siedzenie.
– Widzisz? – jego wskazujący palec celował gdzieś w róg ekranu.
Layne, złorzecząc w duchu reżyserowi, który bębnił drażniąco w poręcz, starał się dojrzeć Cadogana. Między witrynami ciągnących się po obu stronach ulicy sklepów stało bądź przechodziło wiele osób, lecz żadna nie przypominała mordercy Francis Rustler.
– Gdzie…? – zaczął, lecz umilkł widząc spojrzenie Ashcrofta.
– Za mało się opalasz, a to podobno polepsza wzrok. Tego zbiegowiska nie zauważyłeś…?
