
– Mów, a ja zrobię kolację – zadecydował Ashcroft. – O.K.?
Layne pomacał się po kieszeniach koszuli, potem zerkając na kurtkę skinął głową.
Ashcroft schylił się za kontuar i sądząc z odgłosów musiał wyciągać jakieś naczynia.
– Nie ma cudów – powiedział – Cadogan dostanie te swoje dwa po dziesięć.
Layne uniósł głowę znad wyciągniętego notesu.
– Jakie dziesięć?
– Tysięcy wolt – Ashcroft ponownie ukazał się we wnęce kuchni. – Zjesz omlet? Z szynką?
Layne skinął głową i stuknął palcem w drewnianą poręcz. Ułożony z rzecznych głazów kominek zatrzymał na moment jego wzrok.
– Nie sądzę, żeby to, co powiem, wiele wyjaśniło – zaczął – ale myślę, że trzeba będzie inaczej spojrzeć na wasze morderstwa.
Rozbijając jajka Ashcroft zerknął na niego, później zdjął wiszącą na jednym z haczyków metalową trzepaczkę.
– Po pierwsze – powiedział Layne – nie przyjechałem tutaj przypadkiem. Postarałem się, aby wysłano mnie do was. Naturalnie nie myśl, że beze mnie nie przysłano by kogoś.
– Zawsze masz takie wstępy? – głos trzepaczki niemal zagłuszał Ashcrofta.
Layne uśmiechnął się pod nosem.
– W Urzędzie Statystycznym co pięć lat dokonuje się przeglądu archiwum. Trzeba zniszczyć zdezaktualizowane zbiory i zrobić miejsce na nowe. Taką właśnie robotę zaczęliśmy w tym roku. Mnie przypadły stany Minnesota, Wisconsin, Illinois, Indiana i Michigan. Właśnie ten ostatni, a dokładniej jedno z miasteczek okazało się najciekawsze. Nawiasem mówiąc, dziwię się, dlaczego nikt podczas poprzednich przeglądów nie wyrzucił tych raportów. Chyba tylko dlatego, że były na najwyższej półce. Miasto nazywało się…
Ashcroft postawił z hałasem patelnię na parze.
– Zresztą nieważne, już od dawna nie istnieje. Jak wyczytałem w dostępnych mi źródłach, historia, która wydarzyła się tam w latach dwudziestych…
