
Ashcroft wsadził głowę w okienko.
– Dwudziestych?
– Tak, raporty policyjne, które znalazłem, dotyczyły okresu od początku 1921 roku do maja 1923.
Cmoknęły drzwi lodówki i Ashcroft wyjął pokryty żyłkami kawałek szynki. Pomachał w stronę Layne’a automatycznym nożem.
– Mów, mów…
– Miejscowa policja donosiła w raportach, że w latach 1920-1922 gwałtownie wzrosła u nich liczba morderstw bez motywacji, o ponad 25%.
Sprawne ruchy dłoni Ashcrofta ustały, ostatni plaster odkleił się sam od noża.
– Tak… – mruknął krzywiąc się w uśmiechu. – My jesteśmy lepsi.
Wzrok Layna omiótł drewniane belki stropu.
– Tak jak tutaj, zatrzymani nie przyznawali się do winy. Mogę się domyślać, że pisma kierowane przez komendanta do zwierzchników grzęzły gdzieś po drodze i chcąc nie chcąc policja sama musiała prowadzić śledztwo.
Zaskwierczało od strony wnęki, potem zaszumiał wyciąg. Layne uniósł notes.
– Mam tu nazwiska… – urwał. – W każdym razie wśród podejrzanych było wielu szanowanych obywateli, zresztą stany wokół Wielkich Jezior należały wtedy do najspokojniejszych. Mimo próśb o posiłki policja stanowa nie reagowała i lokalne władze były już bliskie uznania, że mieszkańców ogarnął jakiś amok, kiedy raptem w październiku dwudziestego drugiego morderstwa skończyły się.
– To wszystko? – Ashcroft niósł dwa syczące omlety.
Layne przysunął się do ławy i ujął sztućce.
– Nie, to dopiero połowa.
Pod ostrym cięciem omlet ukazał swoją spieczoną różową zawartość.
– Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jeden szkopuł. Miasteczko leżało na terenach dawnych, osuszonych bagien. Od pobliskiego jeziora dzieliła je tylko sztuczna tama.
Ashcroft wycelował w Layne’a pustym widelcem.
– Która pękła…! – stwierdził niewyraźnym głosem.
– Dokładnie. Zniszczeniu uległo trzy czwarte zabudowy, zginęła prawie połowa ludzi. Lecz nie to jest najciekawsze. Wśród ocalałych znalazły się dwie osoby, które zeznały przed komendantem…
