
– Przebada pan resztę ludzi, tych z mojej listy?
Psychiatra stanął z tyłu i unosząc się na palcach zerknął w dół ponad jego ramieniem.
– A można wiedzieć za jakie pieniądze? Cadogan zapracował na całą moją pensję, mogę pokazać…
– Nie trzeba. Wycisnę gotówkę dla pana – Ashcroft uniósł podbródek celując w zbiegowisko na chodniku. – Co tam się dzieje?
– Kręcą film – lekarz przytknął czoło do szyby. – Niech pan spojrzy, ten facet zaraz złamie nogę.
Na oświetlony reflektorami fragment jezdni wjechała ciężarówka. Stojący przy krawężniku mężczyzna w białym kapeluszu odrzucił kubek prażonej kukurydzy i dwoma susami znalazł się u jej boku. Źle jednak wymierzył odległość. Mimo że ręce złapały burtę, nogi nie trafiły na zderzak. Wyleciał w powietrze i trzasnął o bruk.
– Cholera – powiedział Ashcroft prostując ciało.
Psychiatra położył mu dłoń na ramieniu.
– Spokojnie – uśmiechnął się. – To już dziesiąta nieudana próba.
Ashcroft wolno pokiwał głową.
– Ma pecha.
* * *
– Dobre warunki, ciekawa praca, dobre warunki, ciekawa praca, dobre…
– Przestań! – Kelly usiadł na metalowej barierce ograniczającej nasłoneczniony taras, niebezpiecznie balansując nad kilkupiętrową przepaścią.
– Dobre warunki, ciekawa praca. Przyłącz się do armii, a będziemy cię kochać przynajmniej do chwili podpisania kontraktu… – Slayton zajął porzucony wózek inwalidzki i podjechał na sam skraj podestu. – Nie zapomnę tej cholernej ulotki.
– W porządku, ale jeśli nie przestaniesz się powtarzać, nie zapomnisz również moich butów.
– Pan doktor chce mnie kopnąć?
– Tak właśnie będzie, jeśli drugi pan doktor wreszcie się nie zamknie.
Slayton wyciągnął papierosa i zapalił go, osłaniając płomień zwiniętymi dłońmi.
– A co mam robić na tym pustkowiu? – mruknął wypuszczając dym. – Do miasta trzeba jechać ponad godzinę, a ten cholerny ośrodek…
– Masz siedzieć w swoim cholernym pokoju – wpadł mu w słowo Kelly – jeść cholerne posiłki i czytać cholerne gazety. Aż pewnego cholernego dnia wygrasz milion na loterii i wszystko się zmieni.
