– Na jakiej loterii? – spytał zaskoczony Slayton.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, potem ryknęli chórem:. – Cholernej!

Roześmieli się cicho. Padające pionowo promienie słońca nie pozwalały na żadną gwałtowną reakcję, a panująca wokół wręcz namacalna cisza paraliżowała każdy szybszy ruch. Slayton zdjął przeciwsłoneczne okulary i otarł pot z czoła. Potem przyłożył do oczu lornetkę i skierował ją na rząd szarożółtych wzgórz otaczających zespół budynków. W drgającym z gorąca powietrzu jedyną wyraźną rzeczą była artyleryjska podziałka na jednym ze szkieł.

– Słuchaj, Kelly, tam coś się rusza.

– Indianie? Atakują fort?

– To chyba grzechotnik.

– Bzdury, nie zauważyłbyś go z tej odległości.

Slayton oparł lornetkę o koło wózka.

– I tak wiem, że tam są tylko węże i pająki. Żadnego człowieka – strzepnął popiół i zsunął przeciwsłoneczne okulary z powrotem na oczy. – Myślę, że…

Przerwał mu szelest rozsuwanych drzwi z przydymionego szkła.

– Przepraszam, czy jest tutaj doktor Kelly?

– Tak.

Sierżant zbliżył się do poręczy. W jasnym świetle słońca widać było doskonale plamy potu na jego koszuli.

– Za chwilę przywiozą rannego z miasta. Jest pan proszony do sali operacyjnej.

– Na którą?

Sierżant przestąpił z nogi na nogę.

– A jest tu więcej niż jedna?

– Prawdę mówiąc, nie wiem – Kelly zeskoczył z barierki. – To wy powinniście wiedzieć.

– Tak jest. Proszę iść – sierżant spojrzał w kierunku wózka. – Ja zaopiekuję się chorym.

Kelly zniknął za drzwiami dokładnie w momencie, kiedy na horyzoncie ukazał się sunący nisko nad ziemią mały śmigłowiec. Po chwili do tarasu dotarł cichy jeszcze huk silnika. Slayton podniósł lornetkę.

– Zdaje się, że ma emblemat Centrum Studiów Atomowych na burcie. Chol…eee… Chyba będę potrzebny na dole.



7 из 195