
– Co sprawia, że tak surowo marszczysz brwi? – spytała z uśmiechem w głosie.
Ocknął się.
– Tu coś jest, Tiril. Coś, co, jak sądzę, ma związek z twoim pochodzeniem. Niemożność zrozumienia, o co chodzi, ogromnie irytuje.
– Czy nie możesz zwrócić się o pomoc do jakiegoś specjalisty od niemieckich run?
Móri uśmiechnął się.
– A gdzie takiego szukać?
Tiril wzburzyły domysły przyjaciela.
– Ależ to nieprawdopodobne! Czarnoksięskie formuły spisane co najmniej czterysta lat temu mogłyby mieć coś wspólnego ze mną?
– Nie z tobą osobiście, lecz z całym dziedzictwem Habsburgów i Tiersteinów. Faktem pozostaje, że wciąż tropią cię dwaj mężczyźni pałający żądzą mordu. A jesteś przecież najżyczliwszą osobą, jaką spotkałem!
– Dziękuję za te słowa, Móri! Mimo wszystko niczego nie pojmuję. Bo przecież ten tak zwany skarb, który znaleźliśmy, miał dość skromną wartość.
– Zgadzam się. Owszem, czarownica albo czarnoksiężnik coś w nim dla siebie znajd~ ale pozostałe przedmioty… Nic nadzwyczajnego.
– Cóż więc cię niepokoi? Co wśród tych rzeczy, które otrzymałeś jako czarnoksiężnik, naprowadza cię na myśl o dziedzictwie mającym związek za mną?
– Trzy punkty. Po pierwsze, trzy kawałki figurki demona, która okazała się kluczem do skarbca. Wielu ludzi z zapałem go poszukiwało. Po drugie, coś w tych zwojach pergaminu przykuło moją uwagę… Spójrz na to!
Tiril wpatrywała się w postrzępione, kruche arkusze, dostrzegła jednak tylko dziwaczne znaki, mogące pochodzić z okresu, kiedy to stylizowane runy ryte w kamieniu zaczęły przybierać bardziej miękki, giętki kształt pisma na papierze.
– Zwróć uwagę na to słowo! – wskazał Móri.
Ach, być tak blisko i nie móc go dotknąć!
– No cóż, nie jestem specjalistą od run – rzekła ostrożnie. – Ale to słowo odczytałabym jako IRBI.
Właśnie. A ponieważ dźwięki I i E zapisywano tym samym znakiem, możemy odczytać je jako ERBE. To oznacza dziedzictwo.
