
– Ona chyba nie pragnie mnie odszukać, raczej przeciwnie?
– Nic o tym nie wiemy. A ja będę ci towarzyszyć i czuwać nad twym bezpieczeństwem.
– Dziękuję, przyjacielu! Najlepszy, najwierniejszy przyjacielu!
– Zapominasz o Nerze.
– Rzeczywiście. Wierność człowieka nie może równać się z psią. Móri, drogi mój, co my w czasie balu poczniemy z Nerem?
– Musi zaczekać tutaj.
– Ależ on nie przywykł zostawać sam. Nie zrozumie. Odbierzemy mu jego obowiązek pilnowania stadka. Będzie zrozpaczony! Móri, a jeśli nam się coś stanie? Jeśli stamtąd nie wrócimy?
Oczy czarnoksiężnika zalśniły czułością.
– A jeśli cały masyw górski Jotunheimen zawali się na niego? Albo zaleje go morze występujące z brzegów?
– Nie kpij ze mnie – roześmiała się. – Nie mamy jednak wyboru, musimy zostawić go tutaj. Chyba nie uda nam się go przemycić na salę balową.
– Raczej nie.
Tiril zadrżała.
– Och, Móri, tak się boję!
Ja także, miał już na końcu języka, ale nie śmiał wyznać, co rano znalazł w jej śniadaniu. Trutkę na lisy! Intuicja podszepnęła mu, że z talerzem Tiril coś jest nie w porządku. Nie podejrzewał właścicieli pensjonatu ani ~nikogo ze służby, lecz chociaż czworo przyjaciół mogło zamykać pokoje na klucz, nie mieli jednak kontroli nad kuchnią ani nad korytarzem. A starym zwyczajem, dopóki tu mieszkali, każde z nich korzystało z własnego, osobnego talerza, oznaczonego imieniem. Dało się w ten sposób uniknąć niepotrzebnego zmywania…
A więc zostali odkryci. Z pewnością prześladowcy Tiril uczynią wszystko, by nie dopuścić jej na dworski bal na zamku Akershus.
Rozdział 2
Czuło się, że lato mija. Ciągnęło chłodem, coraz częściej padało. Przygnębienie ogarniało wielu mieszkańców Christianii, szczególnie tych bez dachu nad głową, którzy każdej nocy musieli szukać sobie nowej bramy na nocleg.
