— Uspokój się — odparła Mavis. — Spróbuj zrozumieć.

Cały ten sektor został dziwnym trafem przeoczony w trakcie międzynarodowych pomiarów i teraz nie może zostać przywłaszczony przez żadne z państw. Ponieważ jesteś pierwszym, który się tu osiedlił, ta planeta i kilkanaście milionów kilometrów otaczającego ją kosmosu należą do ciebie, Bill.

Byłem tak zdziwiony, że aż odebrało mi mowę.

— W takiej sytuacji — ciągnęła Mavis — nie mamy prawa tu przebywać. Odlatujemy więc natychmiast.

— Ale przecież nie możecie! — wykrzyknąłem. — Nie naprawiłem zaworów sfinksowych w waszych statkach!

— Wszyscy szpiedzy mają przy sobie zapasowe — wyjaśniła nieśmiało.


Patrząc jak maszerują do swoich statków wyobraziłem sobie czekającą mnie samotność. Rząd przestanie się mną zajmować. Nie będę już słyszał kroków w nocy, a gdy się odwrócę, nie ujrzę twarzy jakiegoś zaaferowanego szpiega.

Zgrzyt starej kamery nie będzie mnie już uspokajał przy pracy, a szum nie dostrojonego podsłuchiwacza kołysał do snu.

A jednak ogarnęło mnie uczucie zawodu, chyba nawet większe niż ich. Ci biedni, przejęci, niezdarni, partaczący robotę szpiedzy wracali do ruchliwego, przepojonego rywalizacją świata. Gdzie znajdą drugi tak wyrozumiały obiekt jak ja i takie urocze miejsce jak moja planeta?

— Do widzenia, Bill — rzekła Mavis wyciągając rękę.

Patrzyłem jak idzie do statku pana Wallace’a. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że przestała być już moim szpiegiem.

— Mavis! — krzyknąłem i pobiegłem za nią. Przyspieszyła kroku, ale złapałem ją za ramię. — Czekaj. Jest coś, o czym zacząłem mówić na statku. Chciałem wrócić do tego także podczas pikniku.

Starała się uwolnić z mojego uchwytu. Zupełnie nieromantycznie wycharczałem:

— Mavis, kocham cię.

Znalazła się w moich ramionach. Całując przekonywałem ją, że jej dom jest tutaj, na tej planecie z mrocznymi lasami i żółtozielonymi polami. Tutaj, ze mną.



12 из 13