Ale na co dzień nie martwiło mnie to zbytnio. Posiadałem pozycję, chociaż dość trudno było ją zdefiniować. Byłem szczęśliwszy niż kiedykolwiek przedtem na Ziemi, a moi szpiedzy tworzyli grono miłych i uczynnych ludzi.

Nasza mała kolonia była szczęśliwa i bezpieczna.

Myślałem, że tak pozostanie już na zawsze.


I nagle, pewnego feralnego wieczoru, nastąpiło nieoczekiwane ożywienie. Najwidoczniej przekazywano jakąś ważną wiadomość, bo szpiedzy uruchomili wszystkie radia. Musiałem poprosić kilku spośród nich, żeby wspólnie ją odbierali, bo bałem się o przeciążony generator.

Wreszcie radia zamilkły i szpiedzy zaczęli konferować.

Prowadzone szeptem narady trwały całymi godzinami. Następnego ranka zebrali się wszyscy w salonie, z twarzami bladymi i smutnymi. Mavis wystąpiła naprzód, przemawiając w imieniu całej grupy.

— Zdarzyło się coś strasznego — rzekła do mnie. — Ale najpierw musimy ci coś zdradzić. Bill, nikt z nas nie jest tym, za kogo się podaje. Wszyscy jesteśmy szpiegami pracującymi dla rządu.

— Co? — udałem zdziwienie, nie chcąc nikogo urazić.

— To prawda — ciągnęła. — Obserwowaliśmy cię, Bill.

— Co? — powtórzyłem. — Nawet ty?

— Nawet ja — przyznała smutnym tonem Mavis.

— Ale teraz to już koniec — nie wytrzymał młody Roy.

To mną poruszyło.

— Dlaczego? — zapytałem, tym razem naprawdę zaskoczony.

Popatrzyli po sobie niezdecydowani. Wreszcie odezwał się pan Wallace, wyginając rondo kapelusza w zrogowaciałych dłoniach.

— Bill, powtórne pomiary wykazały właśnie, że ten sektor kosmosu nie należy do Stanów Zjednoczonych.

— A więc do jakiego kraju?



11 из 13