
Cóż, robił wszystko, na co było go stać. Doszedłem do wniosku, iż szpiegowanie to konkurencyjny biznes i widząc jak słaby jest w tej sprawie, nie byłem w stanie opanować współczucia. Żenowało nawet bycie jego podejrzanym. Przyjaciele śmiali się do rozpuku, kiedy tylko pojawiłem się z takim cieniem, dyszącym za moimi plecami.
— Bill — mawiali — czy to wszystko, na co cię stać?
A poza tym zrażał do mnie dziewczyny.
Oczywiście udałem się do Komitetu Dochodzeniowego Senatu i zapytałem: „Słuchajcie, dlaczego nie możecie dać mi wykwalifikowanego szpiega, takiego, jakich mają moi przyjaciele?”
Powiedzieli, że postarają się, ale wiedziałem, że i tak nic nie zrobią.
Wszystkie te drobne z pozoru sprawy doprowadziły mnie do granic wytrzymałości, a każdy psycholog powie wam, że nie potrzeba wiele, aby wyprowadzić człowieka z równowagi. Miałem dosyć ignorowania mnie, tego ciągłego lekceważenia.
Wtedy właśnie zacząłem myśleć o przestrzeni kosmicznej. Tam były miliardy kilometrów kwadratowych nicości, upstrzone gwiazdami, których nie udało się zliczyć. I dostatecznie dużo planet podobnych do Ziemi, żeby starczyło dla każdego mężczyzny, kobiety i dziecka. Na pewno znajdzie się wolne miejsce także i dla mnie.
Kupiłem „Wielki rejestr wszechświata” i znajdującego się w strzępach „Pilota galaktycznego”. Przeczytałem „Księgę pływów grawitacyjnych” i „Tabele pilota międzygwiezdnego”. Wreszcie stwierdziłem, że więcej już się nie nauczę.
Wszystkie oszczędności poszły na stary gwiezdny kliper Chryslera. Ten antyk miał przecieki tlenu wzdłuż nieszczelnych spawów, nadwrażliwy stos atomowy i napęd zakrzywiający tor lotu, który sprawiał, że nie wiadomo było właściwie, gdzie się doleci. Dosyć niebezpieczny, ale ryzykowałem co najwyżej własnym życiem. A przynajmniej tak sądziłem.
Dostałem więc paszport, załatwiłem deklaracje celne, certyfikat i resztę potrzebnych papierów oraz zastrzyki przeciw chorobie kosmicznej. Odebrałem wypłatę za ostatni tydzień i pomachałem w stronę warczących kamer. W domu spakowałem ubrania i powiedziałem do widzenia szumiącemu monotonnie podsłuchiwaczowi. Na ulicy uścisnąłem dłoń mojemu biednemu szpiegowi i życzyłem mu więcej szczęścia.
