
Spaliłem za sobą wszystkie mosty.
Pozostały tylko ostatnie formalności, więc pospieszyłem do Biura Ostatecznej Odprawy. Urzędnik o nienaturalnie bladych dłoniach i sztucznej opaleniźnie na twarzy popatrzył na mnie z niesmakiem.
— Gdzie chce pan lecieć? — zapytał.
— W kosmos — odparłem wesoło.
— Oczywiście. Ale dokąd dokładnie?
— Nie wiem jeszcze. Po prostu w kosmos. Głęboki kosmos. Przed siebie.
Urzędnik westchnął ciężko.
— Jeśli mam dokonać odprawy, musi pan określić to bardziej precyzyjnie. Zamierza pan osiedlić się na planecie leżącej w amerykańskim kosmosie? A może wyemigrować do brytyjskiego? Duńskiego? Albo francuskiego?
— Nie wiedziałem, że są jacyś właściciele kosmosu — odpowiedziałem ze zdziwieniem.
— Więc jest pan po prostu niedoinformowany — skwitował z pełnym wyższości uśmieszkiem. — Stany Zjednoczone określiły, że do nich należy kosmos między koordynatami 2XA a D2B, poza niewielkim i mało znaczącym fragmentem przyznanym Meksykowi. Rosja ma przestrzeń między koordynatami 3DB i LO2 — nic ciekawego, mogę pana zapewnić. Są jeszcze sektory belgijski, chiński, cejloński, nigeryjski…
— A gdzie jest wolny kosmos? — przerwałem mu.
— Nie ma takiego.
— Wcale? To jak daleko sięgają granice?
— Do nieskończoności — odparł dumnie.
Na moment zrobiło mi się niedobrze. Nigdy nie przyszła mi do głowy myśl, że każdy skrawek bezkresnego kosmosu ma już swego właściciela. Ale z drugiej strony to rzecz normalna. Przecież ludzie mają głęboko zakorzenione poczucie własności.
