
– Chyba jest odwrotnie, to ona podtrzymuje go na duchu. – Jeszcze godzinę temu był wściekły, że poród zaczął się właśnie teraz, kiedy mieli tyle zleceń. Musiał odwołać wszystkie spotkania i usiąść za kółkiem. Jednak teraz zupełnie już o tym nie pamiętał. – My faceci bywamy strasznymi mięczakami.
– Wierzę panu na słowo – powiedziała, choć przyjęła tę wypowiedź z dużym sceptycyzmem. On miałby być mięczakiem? On! Gdyby zaczęła rodzić, byłby zapewne ostoją spokoju i siły. Gładziłby ją po głowie i razem z nią liczył odstępy między skurczami. Nie! Chwileczkę! Stop! Natychmiast przestań! – rozkazała swojej wybujałej wyobraźni. Stali teraz w olbrzymim korku, a ona próbowała się pozbierać i skoncentrować na bardziej aktualnych sprawach. – Ile czasu zabierze nam dojechanie do „The Beeches"? Będziemy na dziesiątą?
– Zrobię co się da, ale nie jestem cudotwórcą! Jęknęła tylko. Powinna była wyjść natychmiast, gdy tylko podjechała limuzyna, a nie wdawać się w dyskusję z Beth. Nie dość, że rozmowa zabrała jej kilkanaście cennych minut, to jeszcze wytrąciła ją z równowagi. Amanda przeczuwała, że teraz, w decydującej chwili, będzie potrzebowała kogoś, kto będzie trzymał ją za rękę i gładził po twarzy. A miała taki dobry plan!
– Proszę się odprężyć. Jeśli panna Garland będzie na panią wściekła za spóźnienie, to proszę, jej zaproponować, żeby sama przejechała rano przez Knightsbridge. – Po raz kolejny rozjaśnił ten ponury poranek swym zabójczym uśmiechem.
Panna Garland? Czyżby nie wiedział, kim jest jego pasażerka?
– Od kogo mam przekazać jej tę informację? – zapytała z kokieterią.
Dan spojrzał w lusterko. Jej usta były tak pociągające, że z trudem oderwał od nich wzrok.
– Daniel Redford. Do pani usług.
– Może być pan pewien, że jej to przekażę. A teraz, skoro jest pan do moich usług, proszę zrobić wszystko, co w pana mocy, żeby dowieźć mnie na czas.
– Postaram się – odpowiedział i mocniej przycisnął pedał gazu. – Słyszałem, że panna Garland jest wyjątkowo surowa i wymagająca?
