
— Gronish — odpowiedział głos. — Czy to odnośnik? Wskaźnik załamywania się światła. Stworzenie niematerialne. Cień wie. Czy wybrałem właściwie?
— Jesteś niewidzialny? — zaryzykowałem.
— Właśnie.
— Ale kim jesteś?
— Jestem dergiem waliduzjańskim.
— Czym?
— Jestem — otwórz usta trochę szerzej. — Teraz zastanówmy się. Jestem Duchem Przyszłych Świąt. Stworem z Czarnej Laguny. Narzeczoną Frankensteina. Jestem…
— Poczekaj — przerwałem — czy starasz się mi powiedzieć, że jesteś duchem lub stworzeniem z innej planety? — Właśnie, właśnie — odpowiedział derg.
Oczywiście. Teraz wszystko było zupełnie jasne. Każdy dureń mógł zrozumieć, że głos należał do kogoś z innej planety. Był on niewidzialny na Ziemi, ale jego nadzwyczajne zmysły wyczuły niebezpieczeństwo i zdążyły mnie ostrzec.
Zwykłe, codzienne, nadprzyrodzone zdarzenie.
Zacząłem iść bardzo szybko w dół Broadwayu.
— O co chodzi? — spytał niewidzialny derg.
— Absolutnie o nic — odpowiedziałem — poza tym, iż wydaje mi się, że stoję na środku ulicy i rozmawiam z niewidzialnym przybyszem z najodleglejszych części przestrzeni kosmicznej. Przypuszczam, że tylko ja mogę cię słyszeć?
— Tak, naturalnie.
— Świetnie. Czy wiesz, gdzie mogę się znaleźć przez takie zdarzenie?
— Pojęcie, jakie starasz się wyrazić, nie jest dla mnie całkowicie jasne.
— Na oddziale chorych umysłowo. W szpitalu dla obłąkanych. U czubków. Wśród wariatów. Tam kierują ludzi rozmawiających z niewidzialnymi stworami z innych planet. Dzięki za ostrzeżenie… Dobranoc.
Uspokojony, skręciłem na wschód z nadzieją, że mój niewidzialny przyjaciel będzie się dalej trzymał Broadwayu.
— Nie chcesz ze mną rozmawiać? — zapytał derg. Pokręciłem głową (niewinny gest, za który nie mogą cię mknąć) i szedłem dalej.
— Ale przecież musisz — powiedział derg z pewną determinacją. — Prawdziwy kontakt głosowy jest niezmiernie rzadki i szalenie trudny do utrzymania. Czasem udaje mi się przekazać ostrzeżenie tuż przed momentem zagrożenia, ale później połączenie znika.
