Dokładnie w tym momencie panna Wilson wprowadziła Durantów. Deszcz uderzał o szklany sufit nad ich głowami i pogoda jakby dostosowała się do posępnej atmosfery panującej w pomieszczeniu: szkło, stal, plasmeld, cegła — anonimowa doskonałość. Padało na całym świecie, a każdy musiał kiedyś przejść przez pokój taki jak ten, nawet Nadludzie… Srengaard poczuł nagły przypływ antypatii.

Harrey Durant miał więcej niż metr osiemdziesiąt wzrostu, atletyczną figurę, faliste blond włosy, jasnoniebieskie oczy i kwadratową twarz. Z całej jego postawy promieniowała młodość i niewinność. Lizabeth, jego żona, była bardzo podobna. Również młoda, o tak samo jasnych włosach i oczach. Jej tężyzna przywodziła na myśl Walkirię. Na szyi, na srebrnym łańcuszku, nosiła jeden z tych miedzianych breloczków, tak popularnych wśród Masy, który przedstawiał Samicę Nadczłowieka, Calapinę. Mistyczne przywiązanie do kultu płodności, który symbolizowała ta ozdóbka, rozśmieszyło lekarza, ale nie dał tego po sobie poznać. Mimo wszystko Durantowie byli rodzicami, i to doskonale ukształtowanymi. Stanowili żywy dowód zręczności chirurga, który ich stworzył. Srengaard był dumny z przynależności do tego zawodu. Mało osób mogło pochwalić się przynależnością do grona inżynierów wewnątrzkomórkowych, których zadaniem było utrzymanie różnorodności gatunku wewnątrz dokładnie określonych granic.

— Panie doktorze, to Harrey i Lizabeth Durant — powiedziała pielęgniarka wprowadzając pacjentów, i zniknęła nie czekając na podziękowanie. Panna Wilson ciągle dawała dowody wielkiej sumienności i dyskrecji.

— Jestem szczęśliwy, że was widzę — zaczął Srengaard. Mam nadzieję, że pielęgniarka nie zanudziła was zbytnio tymi wszystkimi formularzami, lecz kiedy poprosiliście o obserwowanie, wiedzieliście bez wątpienia co was czeka.



2 из 126