
— Doskonale rozumiemy — odpowiedział Harrey, lecz pomyślał: „Poprosili o obserwowanie, doprawdy! Czy ten stary szarlatan myśli, że nas oszuka?”
Ciepły i rozkazujący zarazem baryton przeszkadzał lekarzowi, który poczuł narastającą niechęć do tych dwojga.
— Nie chcemy panu zabrać więcej czasu niż to jest konieczne — dodała Lizabeth. Ścisnęła rękę swego męża i używając ich tajnego kodu polegającego na szybkiej zmianie nacisku palców, przekazała mu:
— „Przeczytałeś jego myśli? Nie lubi nas!”.
Palce Harreya odpowiedziały: „To jest zarozumiały Steryl, tak dumny ze swojej pozycji, że stał się półślepy”.
Ton głosu młodej kobiety zbulwersował Srengaarda. „Tutaj ja muszę kontrolować sytuację”, pomyślał. Podszedł, aby uścisnąć im ręce. Ich dłonie były wilgotne. „Zdenerwowani. Bardzo dobrze”.
Hałaśliwe sapanie pompy stojącej pod ścianą przywróciło lekarzowi pewność siebie. Wystarczy byle pompa, by speszyć rodziców. To dobrze, że pracowała tak głośno. Srengaard zwrócił się do źródła hałasu i wskazał na kryształową probówkę zawieszoną w środku pola siłowego, prawie w centrum laboratorium.
— Proszę, to tutaj — powiedział.
Lizabeth skierowała wzrok na przezroczystobiaławą zawartość naczyńka i koniuszkiem języka zwilżyła wargi.
— Tam w środku?
— Bezpieczeństwo zagwarantowane — zapewnił lekarz, mając jeszcze nadzieję, że Duratowie wrócą do domu, aby tam poczekać na rozwój wypadków. Harrey, patrząc na probówkę, pogłaskał dłoń żony.
— Dowiedzieliśmy się, że wezwaliście specjalistę — powiedział.
— Doktora Pottera z Centrum — odparł Srengaard. Doktor rzucił krótkie spojrzenie na dłonie Durantów, które poruszały się bez przerwy i zwrócił uwagę na tatuaże na palcach wskazujących, opisujące ich charakterystykę genetyczną i pozycję społeczną. Teraz mogli tam dodać „Z” od „zdolny do reprodukcji”; litera ta, tak pożądana, sprawiła, iż poczuł zazdrość.
