
— Doktor Potter, tak oczywiście — mruknął Harrey. Za pomocą palców dłoni przekazał Lizabeth: „Zauważyłaś jakim tonem powiedział Centrum?”
— „Trudno byłoby tego nie spostrzec” — odpowiedziała. „Centrum” — pomyślała. Słowo to spowodowało, że wyobraziła sobie Nadludzi o manierach wielkich panów i Cyborgi, nieuchwytnych przeciwników tych pierwszych. Myśli te wstrząsnęły nią głęboko. Doszła do wniosku, że od tej pory powinna myśleć wyłącznie o swoim synku.
— Potter jest największy, wiemy to — odpowiedziała. — Nie chcemy abyście nas wzięli za ludzi zatrwożonych i sentymentalnych…
— Lecz chcemy obserwować — dodał z naciskiem Harrey i pomyślał: „Ten snob zrobiłby lepiej przyznając od razu, że znamy swoje prawa”.
— Rozumiem — odpowiedział Srengaard. „Imbecyle” — pomyślał i mówił dalej tym samym monotonnym i uspokajającym tonem:
— Wasz niepokój przynosi wam zaszczyt i podziwiam go, jednak konsekwencje…
Nie dokończył zdania. Mógłby im przypomnieć, że on też posiada prawa, w myśl których mógłby przystąpić do modelowania bez ich zgody i w żadnym wypadku nie można na niego zrzucać odpowiedzialności za lęki rodziców. Oficjalny dekret nr 10927 był jednoznaczny: rodzice mieli prawo prosić o obserwowanie, ale modelowanie zależało tylko od chirurga. Zaplanowana przyszłość rasy ludzkiej wykluczała istnienie zniekształceń genetycznych i potworów wszelkiego rodzaju.
Harrey przyznał mu rację szybkim, pełnym respektu ruchem głowy. W tym samym czasie ścisnął rękę żony. Strzępy straszliwych historii i fragmenty oficjalnych mitów wypełniły jego umysł. Na Srengaarda patrzył przez pryzmat tych opowieści pomieszanych z zakazaną literaturą, którą podrzucały rodzicom Cyborgi z Ruchu Oporu. Durant widział doktora przez Stedmana, Mercha, Shakespearea i Huxleya. Szczupła wiedza Harreya wystawiała go na pastwę przesądów.
