
Pewne było, że żadne z tych dwojga nie miało najmniejszych szans, by ujść cało.
A do hallu Lipowej Alei wkroczył sam Tengel Zły w osobie Pera Olava Wingera. Mali go nie rozpoznała.
Więcej nieszczęść tego dnia nie mogło się już wydarzyć.
Mężczyźni, którzy zbiegli się z okolicy i próbowali pomóc wydobyć Gabriela na górę, stanęli jak zamurowani, wpatrując się w głębię, w której zniknął Marco.
– Dzielny był człowiek – mruknął jeden. – Oby niebiosa zmiłowały się nad jego duszą.
– Musimy, rzecz jasna, szukać w rzece gdzieś dalej – stwierdził lekarz. – Ale i tak nie mógł przeżyć takiego upadku. Skupmy się na chłopcu.
Wezwany przez doktora lensman miał natomiast co innego do zrobienia. Wraz ze swym najbliższym współpracownikiem ruszył w pogoń za łotrem, który przeciął linę. Mężczyźni usłyszeli z lasu strzały.
Lensman wrócił jednak sam.
– Uciekł samochodem. Posłałem za nim ludzi, ale nasze wozy stoją znacznie dalej, dlatego on ma dużą przewagę. Zarządziłem naturalnie blokadę dróg. A tu co się dzieje? Kto się teraz spuści po skale?
Zapadła kłopotliwa cisza.
– Oczywiście dopilnujemy, aby sytuacja się nie powtórzyła – pospieszył z zapewnieniem lensman. – Lina będzie strzeżona jak najstaranniej.
Każdy z mężczyzn chciał z pewnością zejść na dół i wyciągnąć chłopca. Przerażała ich jednak przepaść. Myśleli o żonach i dzieciach, patrzyli po sobie z nadzieją, że się zgłosi ktoś inny.
I wtedy właśnie z lasu wyłoniła się niezwykła istota. Później wszyscy zgodnie twierdzili, że nie widzieli nigdy kogoś tak brzydkiego. Poruszający się na sztywnych nogach mężczyzna, o włosach przypominających konopie i głęboko osadzonych oczach, skrzypiącym głosem zapytał, czy wolno mu będzie pomóc nieszczęsnemu dziecku.
