
Jeśli nie chciał poprzestać na potraktowaniu wszystkiego, co widział, jako sen, wypadało jakoś się do tego ustosunkować.
Czym właściwie były wydarzenia, w których uczestniczył?
Jednego był pewien: to, co ostatnio przeżył, miało związek z pierwszym wstrząsem, którego doznał na widok potwornej istoty w bloku „Chaber”.
Tengel Zły, tak nazywali owego budzącego grozę stwora.
Członkowie rodu Ludzi Lodu najwidoczniej jako jedyni wiedzieli o jego istnieniu. Stwór ich nienawidził, tyle Morahan rozumiał.
Ale to, co widział po drodze?
Rune? Kim albo czym, na miłość boską, był Rune? Człowiekiem czy… No właśnie, jeśli nie człowiekiem, to…?
A Halkatla? Wyglądała zupełnie normalnie, ale coś z nią było nie tak. Sposób mówienia. Ubiór. Osobliwy, diabelski błysk w oku. Morahan zadrżał.
Nie wspominając już o Marcu! Kim jest? Gdyby nie było to tak nieprawdopodobne, Morahan uważałby, że ma do czynienia z aniołem. Zgodnie jednak z powszechną opinią anioły są jasne i łagodne, a Marco był czarny jak noc.
Ellen… Tak jej żal, taka szkoda, że spotkał ją okrutny los. Ellen okazała się wspaniałą znajomą, wprawdzie Morahan nie miał u niej żadnych szans, był wszak umierający, a jej serce biło dla kogo innego, ale zaliczała się do kobiet, o których marzy się w bezsenne noce.
Ona jednak była zwykłą śmiertelniczką, czego nie da się powiedzieć o Natanielu. Ian Morahan nie potrafiłby wskazać nic konkretnego, co różniło tego mężczyznę od zwykłych ludzi, ale intuicyjnie wyczuwał, że oto ma do czynienia z czymś niezwykłym u żywej istoty.
Była też Tova. Morahan westchnął. Ludzie nie powinni się rodzić tak beznadziejnie brzydcy. Tova wyglądała jak mała czarownica, wiedźma z rodzaju tych najokropniejszych. Zachowywała się agresywnie i bezczelnie, ale Morahan potrafił ją zrozumieć. Atak jest najlepszą formą obrony…
