
– Oczywiście.
Powoli, bardzo powoli podciągano linę, aż wreszcie jeden z mężczyzn mógł podać Runemu rękę. „Jakbym dotykał drzewa” – stwierdził później.
Skupili się na chłopcu. Personel ambulansu nadbiegł z noszami, zaraz ułożono na nich Gabriela i orszak skierował się w stronę szosy.
– Powinniśmy podziękować… zaczął lensman. – Ale gdzie się podział ten człowiek?
Tajemniczy ratownik jakby rozpłynął się w powietrzu.
Morahana pochwycił atak kaszlu. Musiał przystanąć, w zniszczonych płucach świstało, w ustach pojawiła się krew.
Tova patrzyła na niego z rozpaczą.
– Oni się zbliżają! Co zrobimy?
– Biegnij dalej – z trudem dobywając głosu szepnął Morahan.
– Za nic w świecie! Schowaj się tutaj! – nakazała. – Tu, między kamieniami!
– Ty też.
Zawahała się. Dla dwojga nie było miejsca.
– Dobrze, ale bądź cicho! Nie kaszl!
Łatwiej to było powiedzieć, niż zrobić.
W ostatniej chwili udało im się wcisnąć między głazy z nadzieją, że nie są widoczni. Morahan usiłował powstrzymać kaszel, Tova pomagała, zatykając mu usta dłonią. Kiedy ujrzała krew ściekającą jej między palcami, zdjął ją lodowaty strach.
Prześladowcy hałaśliwie przedzierali się przez las. Minęli Tovę i Iana, kierując się ku przełęczy drogą, którą, jak im się wydawało, wybrali zbiegowie. Wkrótce głosy ścigających umilkły. Tova nie mogła pojąć, jak to możliwe, że nie zauważyli jej i Morahana, zorientowała się jednak, że widoczność wokół nich nagle znacznie się pogorszyła.
Aha, pomyślała. Ktoś nas od nich odgrodził.
– Dziękuję! – szepnęła. – Dziękuję bez względu na to, kim jesteś.
Usłyszała wesoły śmiech Halkatli. To znaczy, że ona wciąż im towarzyszy! Doskonale!
– Oni na pewno wrócą – szepnęła Tova do Irlandczyka. – Co robimy?
Nie doczekała się odpowiedzi. Morahan stracił przytomność.
Może to i lepiej, pomyślała Tova. Nie będzie tak cierpiał.
