
Owszem, serce jeszcze biło. Ale z jakim ogromnym wysiłkiem oddychał! Płuca pracowały niby miech kowalski.
Nagle zrozumiała, że nie ma żadnego racjonalnego powodu, by dalej tak siedzieć i trzymać mu rękę pod koszulą. Ale to było takie cudowne poczuć blisko inną ludzką istotę, a jeszcze w dodatku mężczyznę!
Jakże często historia Ludzi Lodu się powtarza, pomyślała sobie. Villemo także znalazła się kiedyś w zasypanych śniegiem górach razem z umierającym mężczyzną, choć jej sytuacja była, rzecz jasna, o wiele bardziej dramatyczna. Zawieja. Wojna. I tamten człowiek rzeczywiście umarł.
Morahan natomiast nie żegnał się jeszcze z życiem, udręczony wciągnął głęboki oddech i lekko się poruszył.
– Leż spokojnie! – nakazała Tova. – Sprawdź najpierw, czy nigdzie cię nie boli! Na przykład w karku albo kręgosłupie.
– Nie… Nie, chyba nie. Nie rozumiem, jak mogłem…
– To była moja wina – przerwała mu Tova. – Nie powinnam tak do ciebie wołać. Ale musimy dotrzeć do tamtego domu. Myślisz, że dasz radę?
Morahan z początku nalegał, by jechali dalej, ale ani jego stan, ani stan motocykla na to nie pozwalał. Zgodził się więc na postój i podtrzymywany przez Tovę dotarł do domku. Po wielu trudnych próbach udało im się wejść do środka tak ostrożnie, jak to tylko możliwe. Powszechnie wszak przyjęte jest, że w sytuacjach ostatecznych wolno jest włamać się do domków w górach, byle tylko przyzwoicie odnosić się do samej chaty i jej wyposażenia.
Morahan na nic nie miał siły, opadł na łóżko i nie ruszał się, kiedy Tova rozpalała ogień w kominku.
Kiedy ciepło zaczęło rozchodzić się po pokoju, poprosił słabym głosem:
– Chodź do mnie i usiądź, Tova! Porozmawiajmy chwilę.
Usłuchała, nieco onieśmielona, nie przywykła bowiem, by ktokolwiek chciał mieć ją tak blisko.
