Długo rozważał to ostatnie. Mógł się uderzyć, zranić. Ale jako jedyny syn Lucyfera nie mógł umrzeć.

Dłoń Marca znalazła oparcie, młodą brzózkę pochylającą się nad rzeką. Wkrótce stanął na brzegu, wprawdzie znacznie dalej od miejsca, w którym wpadł do wody, ale najważniejsze: żył. Nie był też szczególnie poturbowany. Owszem, kulał od mocnego uderzenia w biodro, a ramię po tej samej stronie piekło jak ogień po gwałtownym zetknięciu z wodą, poza tym jednak nic mu nie dolegało.

Marco nie miał wyznaczonego opiekuna, ale jego strzegły czarne anioły. Jeden z nich czekał na brzegu.

– Nie wracaj na górę – oznajmił mu zaraz. – Rune przejął twoją rolę i właśnie wyciąga chłopca. Zamiast tego odszukaj Tovę, ona cię bardziej potrzebuje. I… Najlepiej będzie, jak po drodze zabierzesz butelkę Ellen, pokażemy ci, gdzie ją ukryła.

– A Ellen? Czy ona sama nie może…?

– Ellen już nie ma.

Czarny anioł opowiedział mu o tym, że dziewczynę pochłonęła Wielka Otchłań. Marco oniemiał z żalu. Przez długą chwilę stali, nic do siebie nic mówiąc.

– A… Nataniel? – spytał wreszcie Marco.

– Trafił go ten sam granat, który zakończył życie Ellen. Zajmujemy się nim, więcej nie wiem.

– To znaczy totalna porażka? Na całej linii?

– Tak. A Tengel Zły wdarł się do twierdzy, do Lipowej Alei.

Marco kilkakrotnie głęboko odetchnął.

– Zaprowadź mnie natychmiast do Tovy! Bo choć jestem teraz przede wszystkim człowiekiem, macie chyba prawo mi pomagać?

– Nie. Przykro mi, Marco, lecz Źródła Życia dotyczą tylko ludzi, nie duchów albo czarnych aniołów. Jako syn naszego władcy w Dolinie Ludzi Lodu byłbyś bezwartościowy, nie mógłbyś odnaleźć naczynia z wodą zła. Może tego dokonać tylko żywy człowiek. Dlatego nie wolno mi przyjść ci teraz z pomocą. Będę ci towarzyszył, ale sam musisz się wydostać z tej rozpadliny.



8 из 178