— Wierzymy w ciebie, Tom — zapewnił go Tkacz.

Tom podziękował im za zaufanie. Wypili swoją glavę i wyszli z tawerny. Rybak zastanawiał się dalej, wpatrując się w swoją pustą szklankę.

Gdy minęła kolejna godzina, Piwny Ed nieśmiało chrząknął.

— Może to nie moja sprawa, Tom — zaczął niepewnie — ale kiedy wreszcie zamierzasz coś ukraść?

— Właśnie teraz — odrzekł Tom.

Wstał, upewnił się, że jego broń znajduje się na swoim miejscu, i zdecydowanym krokiem wyszedł z knajpy Eda.


Na wioskowym targu zaczęła się nocna wymiana barterowa. Różnorodne dobra złożone były niefrasobliwie w stosy na targowych ławach lub leżały na ziemi, na matach ze słomy. Nie było żadnej waluty, a nawet oficjalnego kursu wymiany dóbr. Dziesięć ręcznie kutych gwoździ warte było tyle, co cebrzyk mleka lub dwie ryby; wszystko zależało od tego, co się chce wymienić i czego potrzebuje się w danym momencie. Nikt nie kłopotał się prowadzeniem rachunków. Był to jedyny ziemski zwyczaj, z którego wprowadzeniem burmistrz miał poważne kłopoty.

Gdy Tom Rybak szedł przez plac targowy, wszyscy serdecznie go witali.

— Będziesz teraz kradł, co, Tom?

— Do roboty, chłopcze!

— Na pewno możesz to zrobić!

Nikt w wiosce nie był jeszcze nigdy świadkiem aktu kradzieży. Uważano to za egzotyczny obyczaj odległej Ziemi i wszyscy pragnęli zobaczyć coś takiego na własne oczy.

Mieszkańcy wioski zostawili więc swoje dobra i ruszyli za Tomem, chciwie się w niego wpatrując.

Tom stwierdził, że drżą mu ręce. Nie podobało mu się, że podczas złodziejskiej działalności obserwuje go aż tak wielu ludzi. Zdecydował, że najlepiej będzie, jeśli zacznie działać od razu, dopóki ma jeszcze odwagę.

Zatrzymał się nagle przed wypełnionym owocami stoiskiem pani Młynarzowej.

— Pani hohofruty wyglądają zachęcająco — stwierdził zdawkowo.



13 из 36