
Ed Tkacz stał właśnie przed frontem nowego kościoła, patrząc w górę. Billy Malarz balansował ryzykownie na stromym dachu, a jego blond wąsy aż jeżyły się z oburzenia.
Wokół zgromadził się niewielki tłumek ludzi.
— Cholera, człowieku! — wołał Billy Malarz. — Mówię ci, że czytałem o tym nie dalej jak w zeszłym tygodniu! Biały dach — tak, to może być. Ale nigdy czerwony!
— Coś ci się pomieszało; musi chodzić o jakąś inną budowlę — stwierdził Tkacz. — Co ty na to, Tom?
Tom Rybak wzruszył ramionami; nie miał żadnej opinii na ten temat. Chwilę potem na miejsce sprzeczki przybiegł burmistrz, pocąc się obficie; koszula przylepiała się do jego wydatnego brzucha.
— Złaź! — krzyknął do Billy’ego. — Właśnie to sprawdziłem! To ma być mały czerwony domek szkolny, a nie mały czerwony domek kościelny!
Billy wyglądał na wściekłego. Zawsze ulegał huśtawce nastrojów, podobnie jak wszyscy Malarze. Jednak od czasu gdy w zeszłym tygodniu burmistrz zrobił go szefem policji, stał się już całkiem kapryśny.
— Nie mamy żadnego małego szkolnego domku — sprzeciwiał się Billy, znajdując się na drabinie, w połowie drogi na dół.
— Będziemy więc musieli po prostu go zbudować — oznajmił burmistrz. — I powinniśmy się z tym pospieszyć.
Spojrzał na niebo. Zgromadzony tłum również mimowolnie spojrzał w górę. Na firmamencie jednak nie znajdowało się nic godnego uwagi.
— Gdzie są Stolarczykowie? — spytał burmistrz. — Sid, Sam, Marv… Gdzie jesteście?
Sid Stolarczyk pojawił się wśród tłumu, przeciskając się w stronę burmistrza. Sid chodził wciąż o kulach, od zeszłego miesiąca, gdy spadł z drzewa, na którym poszukiwał jaj stukacza; żaden ze Stolarczyków nie był wart nawet pięciu groszy we wspinaniu się na drzewo.
— Pozostali są w Tawernie Piwnego Eda — oznajmił Sid.
