
— No więc chodzi o to, że… — zagaił, po czym zaczął tłumaczyć Tomowi, na czym miałaby polegać jego rola.
Im dłużej Tom tego słuchał, tym mniej mu się podobało. Zdecydował, że wszystkiemu jest winna awaria międzygwiezdnego odbiornika radiowego. Dlaczego, do diaska, nie zepsuł się raz a dobrze?
Nikt nie wierzył, że radiostacja może działać. Niczym ostatnia milcząca linia, która łączyła kolonię z Ziemią, spoczywała ona pod warstwą kurzu, przekazywana z pokolenia na pokolenie przez kolejnych burmistrzów. Jeszcze dwieście lat temu Ziemia utrzymywała kontakt radiowy z Nowym Delaware, z kolonią Ford IV, z Alfą Centauri, z Nueva Espańa i z innymi koloniami współtworzącymi Zjednoczone Demokracje Ziemi. Potem kontakt ten urwał się.
Wyglądało na to, że na Ziemi wybuchła wojna. Nowe Delaware, ze swą jedyną zamieszkaną wioską, było zbyt małe i zbyt odległe, by wziąć udział w zmaganiach. Czekali na jakieś wiadomości, ale te nie nadchodziły. Potem zaś osadę dotknęła zaraza, pochłaniając życie trzech czwartych jej mieszkańców.
Wioska powoli wróciła do siebie. Mieszkańcy wypracowali swe własne sposoby zachowania się i styl życia. Zapomnieli o Ziemi.
Minęło dwieście lat.
A potem, dokładnie dwa tygodnie temu, radio zatrzeszczało i ożyło. Przez wiele godzin tylko burczało i skwierczało, wydając z siebie jedynie statyczne szumy zakłóceń tła, podczas gdy mieszkańcy wioski gromadzili się z wolna wokół chaty burmistrza. Wreszcie z radiostacji wydobyły się słowa:
— …Nowe Delaware, słyszycie nas? Pytam, czy nas słyszycie?
— Tak, tak, słyszymy was — potwierdził burmistrz.
— Czy kolonia wciąż tam jest?
— Oczywiście, że tak — oświadczył z dumą burmistrz.
Wtedy ton głosu rozmówcy stał się surowy i oficjalny.
— Z powodu nieustabilizowanej sytuacji straciliśmy na jakiś czas kontakt z zewnętrznymi koloniami. Teraz jednak zaburzenia minęły; przeprowadzamy jedynie drobne operacje oczyszczające. Wy tam, na Nowym Delaware, stanowicie wciąż kolonię Ziemskiego Imperium i z tej racji podlegacie jego prawom. Czy potwierdzacie swój status?
