
Czyli prawdopodobnie Dewey.
Przygnębiła go myśl o czekaniu na egzekucję w mamrze. Chociaż prawdę mówiąc, Paul w głębi duszy nie przejmował się za bardzo, że mogą go zgarnąć. Tak jak w dzieciństwie, gdy bez namysłu stawał do walki przeciw dwóm lub trzem większym od siebie dzieciakom, prędzej czy później trafiał na jakiegoś silnego smarkacza, który porachował mu kości. Wiedział, że w jego obecnej profesji będzie tak samo: kiedyś i tak dopadnie go Dewey albo 0’Banion.
Pomyślał o jednym z ulubionych powiedzonek ojca: „I po dobrym, i po złym dniu słońce w końcu zachodzi”. Pulchny staruszek strzelał kolorowymi szelkami, dodając: „Głowa do góry. Jutro zupełnie nowa gonitwa”.
Nagle skoczył jak oparzony, ponieważ zadzwonił telefon.
Paul długo wpatrywał się w czarny bakelit. Dopiero po siódmym czy ósmym dzwonku podniósł słuchawkę.
– Tak?
– Paul – powiedział młody, wyraźny i chłodny głos. Nie należał do nikogo z okolicy.
– Wiesz dobrze, że to ja.
– Mówię z mieszkania na tym samym piętrze. Jest nas tu sześciu. Tyle samo czeka na ulicy.Dwunastu? Paula ogarnął dziwny spokój. Z dwunastką nie mógłby sobie poradzić. Dostaną go tak czy inaczej. Pociągnął następny łyk coli Royal Crown. Dokuczało mu cholerne pragnienie. Wentylator przeganiał tylko rozgrzane powietrze po pokoju.
– Pracujesz dla chłopaków z Brooklynu czy West Side? Pytam z ciekawości.
– Posłuchaj, Paul. Powiem ci, co masz zrobić. Masz przy sobie dwie spluwy, tak? Colta. I tę małą dwudziestkędwójkę. Resztę zostawiłeś w mieszkaniu.
Paul parsknął śmiechem.
– Zgadza się.
– Rozładujesz je i otworzysz zamek colta. Potem podejdziesz do otwartego okna i wyrzucisz broń. Następnie zdejmiesz marynarkę, rzucisz na podłogę, otworzysz drzwi i staniesz na środku pokoju z podniesionymi rękami. Wyciągniesz je wysoko do góry.
