Zatem kto postanowił wejść mu w drogę? Jeżeli to 0Banion albo Rothstein z Williamsburga, albo Valenti z Bay Ridge, to za kilka minut mógł się pożegnać z życiem.

Jeśli to ten elegancik Tom Dewey, śmierć nadejdzie dopiero za jakiś czas – potrzebny do skazania go i posłania na krzesło elektryczne w Sing-Singu.

W korytarzu odezwały się głosy. Metal szczęknął o metal.

Chociaż patrząc na to z drugiej strony, skonstatował z krzywym uśmiechem, na razie wszystko szło jak po maśle. Wciąż żył.

I cholernie chciało mu się pić.

Podszedł do lodówki i ją otworzył. Trzy butelki mleka – w dwóch już zsiadło – pudełko sera Kraft i brzoskwiń Sunsweet. Parę butelek coli Royal Crown. Znalazł otwieracz i zdjął kapsel.

Usłyszał skądś radio. Grało „Stormy Weather”.

Siadając z powrotem przy stole, dostrzegł swoje odbicie w zakurzonym lustrze wiszącym nad obitą emaliowaną umywalką. Pomyślał, że jego jasnoniebieskie oczy zdradzały mniejsze zaniepokojenie, niż powinny. Na twarzy odbijało się jednak znużenie. Był postawnym mężczyzną – miał okofb dwóch metrów wzrostu i ważył ponad sto kilogramów. Rudobrązowe włosy odziedziczył po matce, jasną cerę zawdzięczał niemieckim przodkom ojca. Skóra była nieco zeszpecona – nie po ospie, lecz po kontakcie z pięściami w młodości i rękawicami Everlast w późniejszych czasach. I po upadkach na ring i beton.

Popijał gazowany napój. Ostrzejszy niż coca-cola. Smakował mu.

Paul zastanawiał się nad swoją sytuacją. Jeżeli to 0’Banion, Rothstein albo Valenti, to każdy z nich miał gdzieś Malone’a, stukniętego niciarza ze stoczni, który został bandytą i zabił żonę gliny w bardzo nieprzyjemny sposób, grożąc tym samym każdemu stróżowi prawa, który miał ochotę wplątać go w kłopoty. Wszyscy szefowie w okolicy, od Bronksu do Jersey, byli wstrząśnięci tym, co zrobił. Gdyby więc któryś z nich chciał zdjąć Paula, czemu nie miałby zaczekać, aż on pierwszy rozwali Malone’a?



3 из 419