Raley kiwnął z wysiłkiem głową i roztarł sobie czoło. Nie bolała go głowa, choć bardzo chciał mieć jakąś migrenę. Wszystko jedno co, byle nie myśleć.

— Nie ma tu, rzecz jasna, wielkich kokosów — Ed roztrząsał na głos inny aspekt zagadnienia. — Nie ma wielkiej forsy, ale i nie dorobię się wrzodów. Pewnie do końca życia utknę w przedziale dwojga dzieci, ale żył będę długo i szczęśliwie. W moim biurze nikt się specjalnie nie przemęcza. Wiadomo, że Nowy Jork stoi tu od wieków i jeszcze długo będzie stał.

— Tak — odrzekł Raley wpatrzony w niewidzialny punkt na wprost siebie. — Na pewno. Nowy Jork jeszcze długo będzie stał.

— Człowieku, a coś ty dzisiaj taki znów ponury! Ganime-des też jeszcze trochę pobędzie! Nikt ci tego Ganimedesa nie ukradnie!

Frank Tyler, który siedział za nimi, wychylił się nad oparciem fotela.

— A może tak małego pokerka, panowie? — zaproponował. — Trzeba jakoś zabić te pół godziny.

Raley zupełnie nie miał ochoty na grę, ale rozumiał intencje Franka i nie mógł odmówić. Kolega z Solar Minerals słyszał, co mówił Greene — podobnie zresztą jak cały samolot — a tylko on wiedział, jaki ból handlarz nieruchomościami bezwiednie sprawiał Raleyowi. Na pewno robiło mu się coraz bardziej przykro i uznał, że trzeba za wszelką cenę zmienić temat.

„Nawet miło z jego strony” — pomyślał Raley, gdy wraz z Edem odwracali fotele, aby siąść twarzą do kolegów. W końcu dostał awans na stanowisko szefa Ganimedesa, na które Frank ostrzył sobie zęby. Ktoś inny na jego miejscu nawet by się cieszył, słysząc, jak Ed na niego wygaduje. Ale Frank nie był okrutny.

Grali jak zwykle we czterech. Bruce Robertson, ilustrator książek, który siedział obok Franka, podniósł swoją olbrzymią teczkę i położył jako stół na środku. Frank rozpakował świeżą talię i pociągnęli karty, kto ma rozdawać. Padło na Eda Greene’a.



2 из 17