
— I na poprzedniej pensji? — wyszeptała. — Siedem tysięcy terrytów rocznie?
— Tak. O dwa tysiące mniej niż teraz. Dwa tysiące poniżej minimum na czwórkę dzieci.
Dłoń Marion powędrowała wyżej, ku oczom, które nagle wypełniły się łzami.
— Nie zrobię tego! — załkała. — Nie! Nigdy!
— Słonko — rzekł miękko. — Kochanie, takie jest prawo. Cóż możemy poradzić?
— Absolutnie… absolutnie nie podejmę się zdecydować, które… które dziecko o… oddamy!
— Jeszcze mnie awansują. Niedługo znowu będę dostawał dziewięć tysięcy terrytów. Nawet więcej. Zobaczysz. Przestała płakać i spojrzała na niego posępnie.
— Ale gdy raz odda się dziecko do adopcji, rodzice nie mogą go odzyskać. Nawet jeśli wzrośnie ich dochód. Wiesz o tym, Stewart, równie dobrze jak ja. Mogą mieć następne dzieci, ale nigdy nie odzyskają tamtego.
Jasne, że wiedział. BPR wprowadziło ten przepis, aby chronić przybranych rodziców i zachęcać do adopcji rodziny z wyższych przedziałów.
— Trzeba było poczekać — zdenerwował się. — Mogliśmy, do diabła, poczekać!
— Przecież czekaliśmy — przypomniała mu. — Czekaliśmy pół roku, żebyś umocnił swoją pozycję w firmie. Pamiętasz ten dzień, kiedy zaprosiliśmy na kolację pana Halseya i powiedział, że świetnie sobie radzisz i że zdecydowanie robisz postępy? „Jeszcze będzie pani miała dziesiątkę dzieci, pani Raley — powiedział — i szczerze radzę, żeby już się zaczęła pani o nie starać”. To są jego własne słowa.
— Biedny Halsey. Dzisiaj przez całą konferencję wstydził się spojrzeć mi w oczy. Zanim wyszedłem z biura, zjawił się i powiedział, że strasznie mu przykro, że pomyśli o mnie przy pierwszej liście awansów. Ale mówił, że praktycznie wszyscy teraz obcinają wydatki, to był zły rok dla wyrobów pozaziemskich. A kiedy wrócę do poprzedniej pracy w Dziale Surowców, to wypchnę tego, który zajął moje miejsce. On pójdzie niżej i wypchnie kogoś innego. Jedno wielkie bagno.
