
I uczonemu udzielono schronienia w Anglii.
Dustin Thornton nigdy nie przebaczył Robertowi, że nie postąpił według instrukcji. Od tej chwili między mężczyznami zapanowała jawna niechęć. Thornton omawiał nawet ten incydent ze swym teściem.
– Tacy wolni strzelcy jak ten Bellamy są niebezpieczni – ostrzegł go Willard Stone. – Stanowią zagrożenie dla służby. Życie takich ludzi można poświęcać. Zapamiętaj to sobie.
I Thornton zapamiętał.
Idąc korytarzem w stronę gabinetu Dustina Thorntona, Robert mimowolnie zaczął porównywać Thorntona z Whittakerem. W pracy tego typu zaufanie było warunkiem sine qua non. A on nie ufał Dustinowi Thorntonowi.
Kiedy Robert wszedł do gabinetu, Thornton siedział za biurkiem.
– Chciał się pan ze mną widzieć?
– Tak. Proszę usiąść, panie poruczniku. – Stosunki między nimi nigdy nie stały się na tyle bliskie, by zwracał się do niego po imieniu. – Dowiedziałem się, że został pan tymczasowo przeniesiony do Narodowej Agencji Bezpieczeństwa. Kiedy pan do nas wróci, mam…
– Nie wrócę już. To ostatnie zadanie, którego się podjąłem.
– Co takiego?
– Rozstaję się ze służbą.
Kiedy Robert później nad tym rozmyślał, sam nie był pewien, jakiej reakcji się spodziewał. Jakiejś gwałtownej sceny? Dustin Thornton mógł okazać zdumienie albo starać się mu to wyperswadować, albo rozzłościć się, czy wreszcie okazać ulgę. Tymczasem spojrzał jedynie na Roberta i skinął głową.
– Ach, tak?
Po powrocie do swego pokoju Robert zwrócił się do sekretarki.
– Barbaro, nie będzie mnie przez jakiś czas. Wyjeżdżam za mniej więcej godzinę.
– Czy będzie się można z panem w jakiś sposób skontaktować? Robert przypomniał sobie słowa generała Hilliarda.
– Nie.
Ma pan umówione spotkania…
– Odwołaj je. – Spojrzał na zegarek. Nadeszła pora, by spotkać się z admirałem Whittakerem.
