– Robercie…

Na dźwięk jej głosu jak zwykle zaparło mu dech.

– Cześć, Susan.

– Jak się czujesz?

– Świetnie. Cudownie. A jak tam twój Krezus?

– Robercie, proszę.

– Dobra. Jak tam Monte Banks?

Słowa „twój mąż” nie chciały mu przejść przez gardło. On był jej mężem.

– Dziękuję, dobrze. Dzwonię, by ci powiedzieć, że nie będzie nas przez jakiś czas. Nie chciałam, żebyś się niepokoił.

To było tak podobne do Susan. Siląc się na obojętność zapytał:

– Dokąd jedziecie tym razem?

– Lecimy do Brazylii. Prywatnym odrzutowcem Krezusa.

– Monte ma tam do załatwienia jakieś interesy.

– Naprawdę? Myślałem, że cały kraj należy już do niego.

– Robercie, przestań, proszę.

– Przepraszam. Nastąpiła cisza.

– Chciałabym, byś był w lepszym nastroju.

– Byłbym, gdybym miał przy sobie ciebie.

– Życzę ci, byś spotkał jakąś cudowną dziewczynę i zaznał z nią szczęścia.

– Spotkałem cudowną dziewczynę, Susan – coś ścisnęło go za gardło i było mu trudno mówić. – I wiesz, co się stało? Straciłem ją.

– Jeśli się będziesz tak zachowywał, nie zadzwonię do ciebie więcej.

Ogarnęła go nagle panika.

– Nie mów tak. Proszę. – Stanowiła jedyny sens jego życia. Nie mógł znieść myśli, że nigdy już nie usłyszy jej głosu. Starał się przybrać żartobliwy ton. – Znajdę sobie jakąś szałową blondynę i zwiążę się z nią na śmierć i życie.

– Chcę, byś znalazł sobie kogoś.

– Masz moje słowo.

– Martwię się o ciebie, najdroższy.

– Zupełnie niepotrzebnie. Naprawdę czuję się świetnie – niemal się udławił tym kłamstwem. Gdyby znała prawdę… Ale było to coś, o czym za nic w świecie nie powiedziałby nikomu. A już szczególnie Susan. Nie zniósłby myśli, że się nad nim lituje.

– Zadzwonię do ciebie z Brazylii – powiedziała Susan. Zapanowała długa chwila ciszy. Nie wiedzieli, jak zakończyć tę rozmowę. Mieli sobie tyle do powiedzenia, ale rozsądek podpowiadał im, że lepiej milczeć.



3 из 290