Nagle poczuł przerażenie, i niezdecydowanie zapłakał, wciągając łzy nosem i cichutko chlipiąc. Obejrzał pokój, zobaczył odłażące tapety, okno bez zasłon, na stoliczku – buteleczki z lekarstwami i malutki telewizor... i jeszcze... kanapę w rogu. Tam... wcześniej – sypiała Nina.

Opierając się o ścianę, poszedł do kuchni, po drodze zaglądając do lustra. Ale nawet lustro nie chciało go okłamywać – i zobaczył maleńką twarzyczkę staruszka, obwisłą od ciężaru nie-elastycznej skóry i pokrytą plamami wątrobowymi, na których tle siwa szczecina wyglądała nawet elegancko. Dotarabaniwszy się do kuchni, rozkaszlał się i nie mógł przestać, dopóki nie napił się wody. Przysiadł na taborecie: złapać oddech; zamyślił się.

Przypomniał sobie nagle, jak strasznie umierała Nina, ciągle czepiając się jego rąk, jak ostatniej nadziei, kiedy narkotyk przestawał zagłuszać rozrywający wnętrzności ból, i ciągle czekała, czekała na Witię, na syneczka, na Witię – dopóki była przytomna. A potem – jak we śnie – straciła świadomość bytu – na długo, długo – i: agonia. I Kosow wiedział: jego czeka to samo... niedługo; sen – inny, bez marzeń – sen; bez przebudzenia. I wspomniał: życie nie było snem; sen zżerał życie; zagłuszał je jak narkotyk; odeszli od niego w sen i żona; i miłość, i syn; i praca.



19 из 35