Znowu zamieszkał z Niną. Oczywiście, już między nimi nie było mowy o wzajemnej cielesnej ciągocie, a duchowa i tak nigdy nie istniała, ale za to pojawiło się coś więcej: jakieś "dotarcie się", wzajemna konieczność obecności drugiej osoby. I urodził się syn; Nina była szczęśliwa. Sypiali teraz oddzielnie, ale Kosow nie przejmował się tym...

...Obudził się od chłodu . Pokój ciężko napełniał szary półmrok przedświtu. Kosow powoli usiadł w łóżku. Termoregulator nie pracował, i pościel stygła szybko, oddając zimnemu powietrzu ciepło ciała Kosowa. Nie było snu. Teraz zdarzało się to coraz częściej: coś psuło się w subtelnym mechanizmie, albo w samym Kosowie. Chciał wstać, ale od gwałtownego ruchu w oczach mu pociemniało, zabolało serce, i znowu usiadł, nerwowo wdychając powietrze chrypiącymi płucami. Zimno mu było siedzieć w samej bieliźnie, i sięgnął po spodnie, walające się obok krzesła. Zobaczywszy swoją rękę wystraszył się. Cienka, koścista ręka staruszka. Jakby mięśnie i skóra zaczęły spływać z kośćca, ale zastygły cienkimi gumowymi osłonami. Węźlaste żyły wychodziły tak jakby leżały na wierzchu skóry, a pod skórą płytko dygotały niteczki mięśni, jakby tam gnieździły się niezależne od Kosowa maleńkie nieśmiałe istotki. Spuściwszy oczy, zobaczył sterczące kości kolan, chude łydki z woreczkami gruzełków i podagrycznie skręcone palce.



18 из 35