Robotnicy niespiesznie sprzątali tarcze z dykty, odgradzające Urządzenie, zapalali pochodnie. Wychodzili: kat i sądowi urzędnicy. Dawali znak. Wtedy zaczynali lamentować – tak przywykli, tak zaprowadzono. Lamentowali głośno, ale bez przesady: ceremonia dopiero się rozpoczynała, oszczędzali głos. Dokładnie, jednostajnie, z przyzwyczajenia. Ale pospolitość – odstępowała. Życie – nabierało znaczenia. Wróżyli sobie, denerwowali się. Wewnętrznie się przygotowywali.

Lamentowali – o sprawiedliwość, o demokrację: pomyślność społeczeństwa. Po lamencie, przystępowali do wykonania. Zaczynała się procedura. Z początku ogłaszali: liczbę. Dokładną, sprawdzoną i zrekapitulowaną uczonymi-statystykami. Liczbę mieszkańców – powinna pozostać niezmienna. Potem nazywali zawody: stabilizacja miejsc pracy. Uroczyście, pod kontrolą tysięcy oczu wprowadzali dane wybiórcze do kartoteki. Sprawiedliwie, demokratycznie, w oparciu o naukowe uzasadnienie. Wyciągali fiszki: nazwisko, imię, zawód. Wykonawcy wchodzili w tłum. Szybko wyszukiwali, profesjonalnie. Każdy zamierał: czekali. Żegnali się ze sobą. Łudzili się: przejdą obok. Nazwiska wybrańców poznawali, kiedy wyprowadzano ich na pomost. Wyprowadzali trzymając pod ręce – sflaczałych, jak sienniki. Gratulowali im, ściskając im dłonie. Mer wygłaszał wzruszające przemówienie. Oni – nie rozumieli. Kiedy oni – liczba – stali na pomoście, pozostali – odprężali się. Wypuszczali z płuc ściśnięte powietrze – lamentowali.



2 из 35