Wtedy następował – akt. Jeżeli – rzadko – liczba wynosiła zero, akt wykonywano na wyniesionymi na plac materacach, nabitych sianem. Dla porządku i ku nauce. Jeden raz przytaszczyli manekin z wystawy sklepu z gotową odzieżą. Ale manekin był drewniany: to nie to.

Żywy człowiek – to zupełnie inna sprawa. Kiedy pętla się zaciska, człowiek zaczyna wić się i podrygiwać kończynami. Tych, co się zerwali – wieszano powtórnie. Potem człowiek przestaje podrygiwać, obwisa: to już nie człowiek – siennik. I od razu staje się jasne: czym jest – człowiek? Szmata, nabita sianem. Dobro społeczeństwa – ważniejsze.

I wtedy – lamentowali rozpaczliwie, pełnym głosem. Wrzeszczeli tak, że nadrywali sobie struny głosowe, i aż do poniedziałku rozmawiali tylko ochrypłym szeptem. Wyrzucali z duszy muliste błoto, które zebrało się przez tydzień, uwalniali się od lęków i przeżyć, od nierozwiązanych problemów i trosk. Opłakiwali siebie – nie tamtych. Tamtych – nie ludzi – już zdejmowano, układano na telegi. Materace z sianem. Ludzie – lamentowali. Uwalniali się. Uspakajali się. Potem, ukojeni, rozchodzili się do domów.

Ale niektórzy pamiętali: człowiek – jednostka: siennik.

Wieszano w piątki.

W soboty truli się, topili się i wieszali się.

W niedziele dokładnie, rzeczowo, stosownie grzebano. Do szczętu spalano. Popiół mieszano z wodą, wylewano do kanalizacji. Dokładnie, miarowo.



3 из 35