
Lipiec, A. D. 1628
Napisałam „jutro”? Od tamtej pory minęły dwa miesiące! Jezus Maria, tyle się wydarzyło! Tyle, że ledwie miałam czas bodaj pokrótce zanotować wszystko w mojej malej książeczce. Teraz spróbuję opisać to w dużej, ale, na miłość boską, tyle się działo, w jaki sposób zdążę zanotować wszystkie szczegóły?
Ileż zamieszania narobiłam, ja, nieszczęsna grzesznica!
Lierbakkene, współcześnie
– No cóż, uznałam, że zrobię przerwę w tym miejscu – powiedziała Unni. – Bo ona nie dzieli swoich zapisków na rozdziały, wstawia jedynie daty, a czasami jest od nich aż gęsto.
Postanowiłam więc…
– Doskonale – przerwał jej Antonio, nie chcąc, by Unni się powtarzała. – To bardzo rozsądne!
– Ta Estella wydaje mi się dość niesympatyczną osobą – skrzywiła się Vesla. – Jest wyniosła i pełna pogardy.
– Cóż, szlacheckie dziecko swej epoki – wyjaśnił Pedro, bardziej skłonny do ugody. – Dzieci wychowywano, wpajając im właśnie takie nastawienie do otaczającego świata.
– Ta dziewczyna to buntowniczka – kiwnął głową Jor – di. – Lecz buntuje się na zasadach wpojonych jej przez wychowawców. Nie potrafi się całkiem od nich oderwać.
– Zobaczymy, jak będzie się rozwijać – uśmiechnęła się Unni, która przecież już to wiedziała. – Lecz że jest nieodrodną córką swego szalonego ojca, to pozostaje poza wszelkimi wątpliwościami.
– Ojciec spłodził jeszcze jedno dziecko – stwierdził Antonio, który przyglądał się drzewu genealogicznemu. – Miał syna Juana, który urodził się dziesięć lat po śmierci Estelli.
– Dziesięć lat i prawdopodobnie bardzo wiele kobiet – powiedziała Gudrun. – Chyba jednak nie mógł imponować płodnością.
– Pewnie w obliczu wszystkich tych bitew i walk, jakie musiał toczyć z tymi, którzy mu się sprzeciwiali, brakowało mu na to czasu.
W powietrzu dookoła pojawiły się przywiane przez wiatr delikatne, przypominające małe spadochrony puszki dmuchawca.
