
Stryj Domingo zbyt wiele się nie odzywał. Wyglądało jednak na to, że ma już kompletnie dość bezustannych narzekań żony, jej podejrzliwości i niezadowolenia ze wszystkiego.
Naprawdę źle się tam czułam. Trudno nazwać to życiem, tu było gorzej niż w domu pod nadzorem Mamy, tu bowiem nie mogłam się choćby poruszyć, żeby zaraz ktoś, najczęściej ciotka Juana, nie przywoływał mnie do porządku.
Potem jednak coś się wydarzyło.
Upatrzyłam sobie kryjówkę. Miejsce, do którego mogłam się zakraść, kiedy ciotka stawała się już naprawdę nieznośna.
Znajdowało się ono w alkowie, do której odstawiano nie używane meble i inne rupiecie. Na górze, pod samym dachem, był nieduży otwarty stryszek. Mogłam się tam dostać, wspinając się na starą kanapę i wciągając na rękach na górę. Uprzątnęłam tę górkę ze wszystkich śmieci i przygotowałam całkiem przyjemne i przytulne gniazdko. Nikomu nie wpadłoby do głowy, że można mnie tam szukać, bo na samej krawędzi otworu wejściowego postawiłam starą klatkę dla ptaków i z dołu wyglądało tak, jakby na stryszku nic już nie mogło się zmieścić.
Pewnego popołudnia w czasie, gdy ciotka Juana odbywała sjestę, siedziałam na swojej górce i usiłowałam zaplanować ucieczkę. Był to najzupełniej beznadziejny pomysł, bramy bowiem bacznie strzeżono, zarówno w obawie przed intruzami, jak i uciekinierami.
I właśnie wtedy do alkowy pod stryszkiem zakradła się para ludzi, którzy porozumiewali się szeptem. Oczywiście cała zdrętwiałam, ledwie śmiałam oddychać. Nie widziałam, kto to, lecz że to mężczyzna i kobieta, poznałam po basowym mruczeniu i na pół histerycznym chichocie. Bardzo, ale to bardzo ostrożnie wychyliłam się odrobinę zza klatki, dostrzegłam strzępek czarnej spódnicy i fragment pasiastego fartucha. Musiała to więc być któraś ze służących.
