
Cóż z tego jednak, skoro w zapomnienie odeszła nawet sama tajemnica? Jak taki diabeł może być aż do tego stopnia pociągający?
Mam ochotę go uderzyć, kopnąć, wyzwać wszystkimi wstrętnymi słowami, które znam… Chcę, żeby mocno mnie objął, tak mocno, że aż będzie boleć, chcę być miękka jak fale na morzu, spowite w słoneczną mgiełkę o letnim poranku. Pragnę widzieć, jak wyraz jego oczu przechodzi z dzikości w łagodność.
Nie! On ma pozostać taki, jaki jest. Nieznośny! Chcę go zabić właśnie za to, kim jest.
Nie wiem, czego chcę. Po raz pierwszy w moim grzesznym, samowolnym życiu jestem zupełnie bezradna. Przestałam już być panią siebie.
On mnie nie dostrzega…”
Lierbakkene, na północ od Drammen
Pięciu czarnych rycerzy, niewidzialnych dla wszystkich innych z wyłączeniem siebie, z wysokości końskich grzbietów obserwowało swych żyjących we współczesnych czasach przyjaciół, zgromadzonych w ogrodzie willi wokół pamiętnika grzesznej Estelli.
Rycerze wyglądali na bardziej udręczonych niż kiedykolwiek. Ich oczy, zapadnięte głęboko w oczodołach, wydawały się mętne, ramiona obwisłe. Kilkusetletnie zmęczenie i brak nadziei surowo naznaczyły tak potężnych niegdyś mężczyzn. Ale też i w ostatnich starciach z wrogiem musieli uczestniczyć w sposób bardzo konkretny, a to wymagało wielkiej koncentracji. Wraz z młodymi żywymi wyszli z tej walki zwycięsko, lecz rycerzy wiele ona kosztowała. Właściwie nie powinni brać tak bezpośredniego udziału w wydarzeniach. Ponury los skazał ich na wieczną tułaczkę, bez spoczynku.
„Czytajcie, młodzi przyjaciele – zachęcał don Garcia, wyglądający już jak cień tego cienia, którym był. – Czytajcie i starajcie się zrozumieć!”
„Sądzicie, że potrafią dostrzec to, co jest ukryte pomiędzy okładkami księgi?” – spytał don Ramiro, młodzieniec, któremu nie pozwolono przeżyć życia w pełni, lecz nie dana mu również była prawdziwa śmierć.
