Stary don Federico, który cały zapadł się w sobie z wycieńczenia po ostatniej długotrwałej walce ze sprzymierzeńcami mnichów.

Emmy, uśmiechnął się cierpko.

„Niektórym z nich pomimo wszystko nie można odmówić rozumu”.

„To prawda – zgodził się don Sebastian, który ze zmęczenia ledwie utrzymywał się w siodle i musiał mocno chwytać się konia. – Doskonale sobie poradzili ze złą Emmą”.

„Przy naszej pomocy – dodał dobroduszny don Galindo. Twarz miał poszarzałą i jakby kruchą niczym zleżały papier. – Ale piękna Emma nie została jeszcze wyeliminowana. Tu, w tym kraju, nie może się już wprawdzie więcej pokazać, lecz jest teraz w Hiszpanii, naszej ukochanej ojczyźnie”.

Don Sebastian zrzucił czarny kaptur i widać teraz było przyprószone siwizną włosy i cienkie jak pergamin wargi.

„To znaczy, że znajduje się niebezpiecznie blisko naszej tajemnicy”.

Don Federico stwierdził zamyślony:

„Emma nie jest groźna. Istnieje jednak inne niebezpieczeństwo, z którego ci młodzi pod drzewami najwyraźniej nie zdają sobie sprawy”.

„Masz na myśli tego chudzielca i jego asystenta? Bez wątpienia to zagrożenie jest większe, ci bowiem mają w rękach papiery naszego nieszczęsnego przyjaciela Santiago. Nasi sprzymierzeńcy powinni się spieszyć”.

Don Garcię rezygnacja wprost przytłaczała.

„Nie dadzą rady. A oni przecież są naszą ostatnią nadzieją, inaczej skazani będziemy na przemierzanie świata na koniach już przez całą wieczność”.

Czterej pozostali również mieli tego świadomość. Cisza, która zaległa między nimi, była ciężka jak ołów.

W końcu don Federico podniósł głowę.

„To nonsens! Przecież jeszcze mają czas. Poza tym sami są zainteresowani uwieńczeniem swoich wysiłków powodzeniem. A gdyby się nie udało… Cóż, pozostaje nadzieja, jaką można łączyć z dzieckiem, które przyjdzie na świat”.

Don Ramiro był bardziej sceptyczny.



4 из 163