Nie, Forresterowie nie uczynili nic, by zasłużyć sobie na spotkanie z takim szaleńcem jak Herb Anderson.

Nagle otwarły się drzwi frontowe, wpuszczając podmuch pachnącego liśćmi jesiennego powietrza, i wszedł mężczyzna, którego ubranie doskonale harmonizowało z kolorytem holu, przywodząc na myśl gobelin utrzymany w tonacji kolorów ziemi; ubrany był w mocno zaprasowane spodnie z miękkiej wielbłądziej wełny, które modnie załamywały się na butach z brązowej kordobańskiej skóry, sportową marynarkę w rdzawo – beżową kratę, opływającą mu ramiona niczym karmel lody. Delikatniejszy odcień rdzy powtarzał się w swetrze z jagnięcej wełny, który miał pod marynarką, a niedbale rozpięty kołnierzyk kremowej koszuli pozwalał dostrzec na jego szyi cienki złoty łańcuszek. Twarz przybysza nosiła jeszcze pozostałości mocnej letniej opalenizny, włosy miały kolor polerowanego rdzawego złota.

Mężczyzna pogwizdywał, nieświadom obecności Catherine, która siedziała częściowo zasłonięta eukaliptusem. Przylgnęła plecami do ściany i wykorzystując ten niedostateczny kamuflaż, przyglądała się, jak ów mężczyzna podchodzi do konsoli i nadal pogwizdując, przerzuca codzienną pocztę. Przez chwilę ujrzała w lustrze jego klasycznie piękną pociągłą twarz, prosty nos i jakby rzeźbione brwi. Ta twarz mogłaby posłużyć jako model rzeźby z brązu, tak bezbłędne i stanowcze były jego rysy.

Nieświadom obecności dziewczyny, zsunął z ramion marynarkę, przerzucił ją niedbale przez ramię i wbiegł po schodach, przeskakując po dwa stopnie naraz.

Catherine nadal siedziała opierając się o ścianę.

Zesztywniała, kiedy drzwi do gabinetu otwarły się gwałtownie i stanął w nich pan Forrester z miną budzącą grozę, z trudem opanowując gniew. Nie zaszczycił siedzącej na ławce dziewczyny nawet jednym spojrzeniem.

– Clay! – Nie znoszący sprzeciwu ton głosu zatrzymał młodego człowieka w pół kroku.



3 из 355