
– Nie martw się, o nic cię nie poproszę.
– Mów, co chcesz, siostro, ale będziesz musiała odwiedzić swojego kochasia i powiedzieć mu, że ma wyłożyć kasę!
– Komu? Tobie czy mnie?
– Nie pogrywaj ze mną, siostro! Cholernie długo czekałem, żeby mój statek zawinął do portu! – Catherine zesztywniała, słysząc znowu to znienawidzone określenie.
– Wiem – skomentowała sucho, ale on i tym razem nie wyczuł jej sarkazmu.
– I teraz to się stało! – Wskazał brudnym palcem na podłogę, jakby na wytartym zielonym linoleum znajdował się garniec złota.
– Kawa ci się wygotuje. Zgaś płomień. Patrzył na ekspres niewidzącym wzrokiem, podczas gdy pokrywka podnosiła się przy każdym pyrknięciu, ale on nie zwracał uwagi na syk i zapach przypalanej kawy. Catherine poczuła nagłą rozpacz, widząc niezmienność tego człowieka i swojej sytuacji w tym domu. Wydawało się, jakby o niej zapomniał, rozmawiał teraz z ekspresem, opierając się o brzeg pieca, mamrocząc litanię, którą w miarę upływu lat powtarzał z rosnącym żarem:
– Tak, proszę pana… długi czas. I zasługuję na to, na Boga.
– Idę. Muszę złapać autobus. Wyrwał się ze swojego majaczenia, spojrzał na nią przez ramię z kwaśną miną.
– Tak, idź. Ale bądź gotowa docisnąć śruby staremu Forresterowi znowu dzisiaj wieczorem. Pięć tysięcy to gówno dla takiego bogatego skurwysyna.
Kiedy Catherine poszła, Herb oparł się o zlew i zaczął sam do siebie szeptać. Często do siebie szeptał. Mówił Herbowi, że świat się uwziął na Herba, a Herb zasługuje na lepszy los, na Boga, i Herb zamierzał się o to postarać! I żadna zarozumiała wywłoka nie pozbawi go tego, co mu się słusznie należy! W jej żyłach płynie kurewska krew jej matki. Zawsze to mówił. I czy mu tego w końcu nie udowodniła, zachodząc w ciążę? To tylko dowodzi, że jest sprawiedliwość. Tak, jest. Catherine była winna, Ada była winna – do diabła, cały cholerny świat był winien, jeśli już o tym mowa.
