
Żadna z opinii na temat tego miejsca nie pasowała do tego, co Bobbi zobaczyła. Cztery poznane już dziewczyny emanowały wprost dobrą wolą i siostrzanymi uczuciami. Sprawiały wrażenie szczęśliwych, pracowitych i pomocnych. Idąc za Marie podskakującą wzdłuż korytarza, który prowadził na tyły domu, Bobbi przestała się martwić o Catherine. Doszły do małego pokoju pod schodami, kiedyś zapewne dla służby. Był równie wygodny jak salon, tylko bardziej zagracony. Znajdowały się w nim biurko, półki z książkami i sofa pokryta patchworkową narzutą w odcieniach rdzy i pomarańczy, nadająca pomieszczeniu domowy charakter. Przez otwarte okiennice wpadało południowe słońce, wprost na ogromną paproć wiszącą nad biurkiem.
– Hej, znowu coś zgubiłaś, Tolly? – zapytała Marie jakąś kobietę przeszukującą głębiny otwartej szuflady biurka.
– Nic ważnego. Pewnie się znajdzie. To tylko moje pióro. Ostatnim razem, kiedy Francie je sobie pożyczyła, wrzuciłam je do dolnej szuflady. Chyba będę musiała poczekać, aż mi powie, gdzie tym razem schowała to diabelne pióro.
– Hej, Tolly, mamy towarzystwo. Siwa głowa uniosła się gwałtownie znad stosu książek.
Bobbi ujrzała płaską, zwyczajną twarz kobiety w średnim wieku, ze zmarszczkami w kącikach oczu i wokół ust.
– Och, Boże, teraz mi to mówisz? – uśmiechnęła się i dodała: – Cóż, Catherine, nie spodziewałam się ciebie tak wcześnie, powiedziałabym dziewczętom, żeby cię wyglądały i wniosły twoje rzeczy.
– Zajmiemy się tym, kiedy będziesz z nią rozmawiała – zaproponowała Marie – jeśli pokaże nam, gdzie zostawiła samochód. Będę jej siostrą – powiedziała Marie, zbierając się do wyjścia.
– Wspaniale! – wykrzyknęła kobieta. – Catherine, zazwyczaj jedna z mieszkanek pomaga nowej dziewczynie, pokazuje jej, gdzie co jest, mówi, jaki jest harmonogram prac, o jakich porach są podawane posiłki, tego typu rzeczy.
